Zakończenie II wojny światowej nie przyniosło spokoju mieszkańcom dawnych wschodnich województw Rzeczypospolitej. W wyniku zmiany granic państwowych Lwów, Tarnopol, Stanisławów i setki mniejszych miejscowości znalazły się w granicach Związku Radzieckiego. Dla mieszkających tam Polaków oznaczało to konieczność podjęcia decyzji o pozostaniu pod władzą radziecką lub wyjeździe do Polski w nowych granicach. W rzeczywistości swoboda wyboru była często ograniczona przez sytuację polityczną, naciski władz i doświadczenia wojenne. Wielu ludzi opuszczało gospodarstwa, w których ich rodziny mieszkały od pokoleń, nie mając pewności, co czeka ich na zachodzie.
Podstawą organizowanych wówczas przesiedleń stał się układ zawarty 9 września 1944 roku pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Przewidywał on przesiedlenie ludności polskiej i żydowskiej z terenów radzieckiej Ukrainy do Polski oraz ludności ukraińskiej i innych wymienionych w porozumieniu narodowości z Polski do ZSRR. Chociaż w umowie zapisano zasadę dobrowolności, jej realizacja przebiegała w warunkach rosnącej presji, a następnie również przymusowych wysiedleń. Jednym z obszarów objętych tymi wydarzeniami było pogranicze przemyskie i jarosławskie.
O dramatycznych doświadczeniach przesiedleńców przypomniał Józef Frydryk z Wałcza w artykule „Ciąg dalszy – powrót”, opublikowanym w 174. numerze „Głosów Podolan”. Autor przywołał wspomnienia swojej matki i innych członków rodziny, pochodzących z Barysza w dawnym powiecie buczackim. Ich podróż z Kresów na Dolny Śląsk trwała wiele dni i prowadziła między innymi przez Przemyśl oraz Jarosław.
W Przemyślu przynosili jedzenie do wagonów
Rodzina Frydryków, podobnie jak tysiące innych przesiedleńców, podróżowała w wagonach towarowych. Transporty poruszały się powoli, a postoje nie zawsze wynikały z rozkładu jazdy. Według przekazanych przez rodzinę wspomnień dotarcie do Przemyśla zajmowało ponad tydzień. Pociągi zatrzymywały się niekiedy w szczerym polu, a radzieccy kolejarze informowali o przeszkodach uniemożliwiających dalszą jazdę. Sposobem na ich przezwyciężenie bywało przekazanie alkoholu. Jak wspomina Frydryk, samogon stawał się w takich sytuacjach niezwykle ważnym środkiem płatniczym.
Szczególnie zapamiętano moment opuszczenia radzieckiej sieci kolejowej i dotarcia do Przemyśla. Dla rodzin jadących ze wschodu oznaczało to przekroczenie nowej granicy i kolejny etap podróży do nieznanego miejsca osiedlenia. W relacji Frydryka bardzo wyraźnie podkreślono serdeczne przyjęcie, z jakim spotkali się przesiedleńcy ze strony mieszkańców miasta.
„Polacy w Przemyślu witali ich serdecznie, przynosili posiłki do wagonów” – pisał autor.
Wspomnienia wskazują, że pomoc nie ograniczała się do przekazywania żywności. Równie ważna była możliwość rozmowy z ludźmi znajdującymi się na peronach. Po wielu dniach trudnej podróży przybysze mogli swobodnie porozumiewać się w ojczystym języku. Frydryk wspominał także, że niektórzy mieszkańcy początkowo brali pasażerów transportu za Ukraińców. Dopiero rozmowa wyjaśniała, że byli to Polacy opuszczający rodzinne miejscowości na Kresach.
Drobne gesty pomocy, posiłki przynoszone do wagonów i rozmowy na peronach zapadły w pamięć przesiedleńców na tyle mocno, że opowiadano o nich jeszcze wiele lat po wojnie. Dzięki rodzinnym wspomnieniom zachował się obraz Przemyśla jako jednego z ważnych przystanków w drodze ze wschodu na zachód.
Ukraińcy w Jarosławiu zachęcali Polaków do zajmowania ich domów
Jeszcze bardziej niezwykłe spotkanie zapamiętała matka Józefa Frydryka podczas postoju na dworcu w Jarosławiu. Oczekiwali tam Ukraińcy przygotowujący się do wyjazdu z Polski do Związku Radzieckiego. Ich podróż miała prowadzić w przeciwnym kierunku niż transport rodzin przybywających z dawnych województw wschodnich.
„Mama wspominała, jak na dworcu w Jarosławiu Ukraińcy czekający na swój transport z Polski do ZSRR zachęcali, aby wprowadzać się do ich domów, które zostawiają” – zapisał Frydryk.
Była to sytuacja szczególna. Polacy przejeżdżający przez Jarosław pozostawili swoje domy na ziemiach przyłączonych do Związku Radzieckiego, natomiast spotkani na dworcu Ukraińcy przygotowywali się do opuszczenia gospodarstw znajdujących się w nowych granicach Polski. Nie wiadomo, z jakich dokładnie miejscowości pochodzili Ukraińcy oczekujący na transport ani gdzie znajdowały się pozostawiane przez nich domy. Sama relacja pokazuje jednak, jak bezpośrednio stykały się wówczas losy ludzi przesiedlanych w dwóch przeciwnych kierunkach.
Frydryk przekazał również wspomnienie matki, według którego niektórzy oczekujący na wyjazd Ukraińcy próbowali dołączyć do polskiego transportu. Autor nie podaje bliższych okoliczności tych prób ani informacji, czy komukolwiek udało się w ten sposób uniknąć wyjazdu do ZSRR. Zapis ten świadczy jednak o niepewności towarzyszącej części przesiedlanej ludności.
Spotkanie w Jarosławiu rozgrywało się w okresie wielkich zmian demograficznych na pograniczu polsko-ukraińskim. W latach 1944–1946 z Polski do radzieckiej Ukrainy wyjechały setki tysięcy osób narodowości ukraińskiej. Początkowo przesiedlenia miały charakter formalnie dobrowolny, jednak wobec niechęci znacznej części ludności do opuszczania rodzinnych miejscowości władze zaczęły stosować coraz silniejszy nacisk, w tym przymusowe wysiedlenia przy udziale wojska. Równocześnie z dawnych Kresów Wschodnich przybywały transporty Polaków, kierowanych przede wszystkim na zachodnie i północne ziemie powojennej Polski.
Z Jarosławia przez Śląsk do nowego miejsca zamieszkania
Po opuszczeniu Jarosławia transport rodziny Frydryków kontynuował podróż na zachód. Jednym z kolejnych zapamiętanych miejsc był Bytom, gdzie pociąg zatrzymał się na dłużej. Linie kolejowe były przeciążone. W kierunku zachodnim przemieszczały się transporty przesiedleńców, natomiast do ZSRR wywożono również maszyny i urządzenia pochodzące z niemieckich zakładów przemysłowych, demontowanych przez radzieckie władze wojskowe jako mienie zdobyczne i reparacyjne.
Niektóre rodziny, zmęczone długą podróżą, decydowały się zakończyć ją wcześniej, wysiadając w rejonie Wrocławia lub w innych miejscowościach na trasie. Rodzina Frydryków i pozostali przesiedleńcy z Barysza dotarli jednak do Lubania na Dolnym Śląsku. Stamtąd skierowano ich do pobliskiego Siekierczyna, który w pierwszych miesiącach po wojnie funkcjonował jeszcze pod innymi nazwami.
Obraz nowego miejsca osiedlenia daleki był od wyobrażeń o spokojnym życiu po zakończeniu wojny. W Lubaniu widoczne były zniszczenia, uszkodzone budynki i ślady walk. Ostatnie kilometry do miejscowości przeznaczonej na osiedlenie pokonywano pieszo lub na wozach konnych. Wielu mężczyzn pozostawało jeszcze w jednostkach wojskowych, dlatego wśród przybyłych były przede wszystkim kobiety, dzieci i osoby starsze.
W Siekierczynie osiedliły się rodziny pochodzące z Barysza, Dźwinogrodu, Dulib i innych miejscowości dawnego powiatu buczackiego. Przydziałem gospodarstw zajmował się Państwowy Urząd Repatriacyjny. Matka autora, jako osadniczka wojskowa, otrzymała gospodarstwo, w którym nadal przebywała niemiecka rodzina. Przez pewien czas obie społeczności musiały dzielić wspólną przestrzeń, nie wiedząc, jak długo potrwa taki stan rzeczy.
Frydryk opisał również późniejsze kontakty z niemieckimi mieszkańcami, ich stopniowy wyjazd oraz powojenne życie polskich rodzin. Wspomnienia te pokazują, że osiedlenie na zachodzie nie oznaczało natychmiastowego zakończenia trudności. Wśród przybyszy utrzymywała się niepewność co do przyszłości i przekonanie, że ich pobyt na dawnych ziemiach niemieckich może okazać się jedynie tymczasowy.
Dla rodzin przesiedlonych z Kresów zakończenie wojny oznaczało utratę dotychczasowego świata. Wiele osób miało za sobą doświadczenia okupacji sowieckiej i niemieckiej, a także przemocy ze strony ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego. Część utraciła bliskich, gospodarstwa i dorobek życia. Przydzielone na zachodzie domy nie mogły od razu zastąpić rodzinnych miejscowości pozostawionych za nową granicą.
Przywołując wspomnienia matki o pierwszych dniach po dotarciu na Dolny Śląsk, Józef Frydryk zapisał zdanie, które dobrze oddaje ówczesne nastroje: „Mama często powtarzała – nie czuliśmy się zwycięzcami”.



Napisz komentarz
Komentarze