Krzysztof Wyskiel - życie i śmierć w przestworzach

  • 22.01.2021, 07:06 (aktualizacja 22.01.2021, 07:17)
Krzysztof Wyskiel - życie i śmierć w przestworzach Czterokrotni rajdowo-nawigacyjni mistrzowie Polski z lat 80. Krzysztof Wyskiel (z lewej) i Wacław Nycz na okładce "Skrzydlatej Polski" z 1980 roku.

Gdy 20 sierpnia 1989 roku Krzysztof Wyskiel siadał za sterami wysłużonego szybowca „Kobuz” nikt nie przypuszczał w najgorszych snach, że będzie to ostatni lot młodego, ale bardzo doświadczonego pilota Aeroklubu Rzeszowskiego. Dla Krzysztofa cel był jeden: zająć jak najlepsze miejsce, najlepiej medalowe na Mistrzostwach Świata w Hockenheim w ówczesnej Republice Federalnej Niemiec.

Sukces wydawał się bliski. Po dwóch rundach Polak był na szóstym miejscu. Ostro rywalizował z najlepszymi na świecie akrobatami szybowcowymi, szanse na medal były bardzo realne. Kres marzeń przyszedł niespodziewanie. Jak to skrupulatnie odnotował jeden z dziennikarzy - o godzinie 10.38. Krzysztof wykonywał wówczas skomplikowany manewr na wysokości ok. 300 metrów. Od oderwania się pierwszego skrzydła do momentu roztrzaskania się o ziemię upłynęły cztery sekundy. Pilot miał czas tylko na zdjęcie osłony kabiny. Nie zdążył już wyskoczyć ze spadochronem. Miał zaledwie 32 lata…

Droga w przestworza

Krzysztof niemal od dzieciństwa marzył o fruwaniu. Jak wielu rówieśników zaczynał od modelarstwa, mając 16 lat związał się z Aeroklubem Rzeszowskim, który wchodził własnie w  okres swego największego rozkwitu. W wieku 19 lat był już instruktorem szybowcowym.

- Krzysiek miał hopla na punkcie lotnictwa. Latał na wszystkim na czym się dało. Praktycznie nie wyjeżdżał z lotniska - wspominał w jednym z wywiadów Marek Kachaniak. Fruwaniu w przestworzach podporządkował całe swoje życie. Jak wspominają jego przyjaciele wielkim wsparciem dla Krzyśka była żona Marta. Rozumiała pasję męża, ze spokojem i zrozumieniem przyjmowała jego nieobecności w domu, niezliczone wyjazdy na zgrupowania i zawody.

Na pierwsze podniebne sukcesy nie trzeba było długo czekać. Talent Krzysztofa objawił się w czerwcu 1979 roku na odbywających się w Piotrkowie Trybunalskim X  Samolotowych  Mistrzostwach Polski Rajdowo-Nawigacyjnych Juniorów.  W ostatecznej klasyfikacji zwyciężyli latający na „Wildze” Zbigniew Zajdel i Krzysztof Wyskiel przed krośnianinami Jerzym Peperą i Krzysztofem Kubitem (też „Wilga”) oraz reprezentującymi Aeroklub Gdański Tomaszem Smólskim i Romualdem Deringiem („Gawron”). Druga rzeszowska para - startujący na „Zlinie 42” - Andrzej Marszałek i Adam Ćmiel zajęli 8 miejsce.

W parze z Wacławem Nyczem

We wrześniu 1980 roku nastąpiło wydarzenie, które miało w dużym stopniu zaważyć na lotniczej karierze Krzysztofa. 23-letni wówczas student IV roku Politechniki Rzeszowskiej, opromieniony rok wcześniejszym triumfem w zawodach juniorskich, przygotowywał się do startu w XXIII rajdowo-nawigacyjnych samolotowych mistrzostwach Polski w Nowym Targu. Po raz pierwszy miał wystartować w parze z trzy lata starszym Wacławem Nyczem. Przez kolejne lata stanowić będą jeden z najlepszych duetów lotniczych w Polsce. Połączyła ich nie tylko pasja, ale również przyjaźń.

Wacław Nycz w tym czasie był pilotem ze sporym doświadczeniem i osiągnięciami. Przygodę z lotnictwem zaczynał w 1971 roku zdobywając szybowcowe szlify, dwa lata później samolotowe. Szybko przesiadł się z miejsca nawigatora na miejsce pilota-dowódcy samolotu.  

Nycz z Wyskielem, mający wspólnie startować w Mistrzostwach Polski, szybko nawiązali wspólny język. Ten pierwszy jako pilot, drugi jako naigator, rozumieli się doskonale. Tego przekonanai nabrali w czasie krótkiego okresu przygotowawczego do mistrzostw i w czasie samych zawodów. 23 września 1980 roku w serwisach sportowych wszystkich gazet ukazała się notka, że triumfatorami  XXIII rajdowo-nawigacyjnych samolotowych Mistrzostw Polski w Nowym Targu jest załoga Aeroklubu Rzeszowskiego: Wacław Nycz i Krzysztof Wyskiel. To był początek ich wspólnej, znaczonej licznymi medalami, przygody. Rzeszowskie „Nowiny” barwnie opisywały ich sukces:

- To było niezapomniane wrażenie. Zaledwie półtorej godziny lotu. Półtorej godziny do maksimum napiętych nerwów, koncentracji uwagi. A przeciwnicy tacy, których nie można było lekceważyć. Cała samolotowa kadra Polski, uczestnicy ostatnich mistrzostw świata. Lot  po linii prostej, po łuku, regulacja czasowa, odnajdywanie obiektów na podstawie zdjęć oraz znaków wyłożonych na ziemi. Wreszcie lądowanie z dokładnością do jednego metra. I odprężenie. Udało się. Zwyciężyli. (…)

Pierwszy wspólny sukces potwierdził trafność wyboru. Wacław Nycz i Krzysztof Wyskiel przekonali, że zdobycie mistrzostwa nie było przypadkiem. Że stanowią zespół z powodzeniem mogący walczyć o najwyższe laury na najpoważniejszych imprezach lotniczych. W marcu następnego roku „robili” już niemal za celebrytów: trafili na okładkę szalenie popularnego w tym czasie kolorowego magazynu „Skrzydlata Polski”, czytanego przez wszystkim którzy cokolwiek mieli wspólnego z czymkolwiek na czym można latać. A także przez tysiące tych, którzy o podniebnych przygodach mogli tylko marzyć. Ze zdobytymi pucharami pozowali na tle poczciwego „Gawrona”.

Swój sukces Nycz z Wyskielem powtarzali jeszcze trzykrotnie. Po złoto sięgali również w 1982, 1987 i 1988 roku. W 1986 roku zdobyli srebro. W międzyczasie Krzysztof Wyskiel kilkakrotnie zdobywał jeszcze złote i srebrne medale w Lubelsko-Podlaskich Zimowych Zawodach Samolotowych uważanych za nieoficjalne, zimowe mistrzostwa Polski.

Krzysztof z powodzeniem mógłby sobie radzić i w lataniu precyzyjnym. W opinii Wacława Nycza był najlepszym nawigatorem w Polsce i świetnym pilotem. Wówczas jednak w Rzeszowie była niezwykle silna grupa lotników z wielkim doświadczeniem i ogromnymi sukcesami. Przebić się byłoby niezwykle ciężko, nawet gdy należało się do krajowej czołówki. Zdecydował się więc na spróbowanie sił w  akrobacji szybowcowej, szybko zdobywając uznanie.

Dekada sukcesów, dekada tragedii

Złoty okres w historii Aeroklubu Rzeszowskiego zbiegł się niestety również z wielkimi tragediami dotykającymi lokalne środowisko pilotów.  Latem 1984 roku Aeroklub Rzeszowski i cała lotnicza Polska przeżywały śmierć Jana Barana. Lotnisko na Jasionce po raz pierwszy, niestety jak się miało okazać nie ostatni, stało się miejscem smutnej uroczystości pożegnania tragicznie zmarłego pilota. Tragedia była tym bardziej dotkliwa, że odszedł jeden z najwybitniejszych polskich lotników, mistrz świata i Europy, filar Aeroklubu Rzeszowskiego i samolotowej reprezentacji Polski.

Jan Baran zginął śmiercią lotnika, w czasie mistrzostw Europy w Dublinie. Ledwie kilka tygodni witany był entuzjastycznie w Rzeszowie przez tysiące mieszkańców po powrocie z włoskiej Parmy, gdzie polska ekipa pod jego wodzą zdobyła tytuł wicemistrza świata.

Roman Przepióra - wielka postać rzeszowkiego lotnictwa – wspominał wypadek Barana:

- Zginął niemal w ostatnich minutach tej imprezy, demonstrując lot na małej prędkości, na tym właśnie samolocie. Po kolejnym zwycięstwie naszej drużyny, po kolejnym zaprezentowaniu się Janka, jako doskonałego organizatora i pilota, lotnicy nasi chcieli jeszcze zareklamować nasz polski sprzęt. Nie udało się tego dokonać Jaśkowi. Przeciągnął samolot, a niewielka wysokość nie dała szans ratunku.

Kilka dni później na Jasionce lądował samolot ze zwłokami Jana Barana, na aeroklubowym lotnisku koledzy i przyjaciele z należnymi honorami i ceremoniałem żegnali tragicznie zmarłego pilota. Lotnik odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski. Wśród żegnających był Krzysztof Wyskiel. Któż mógł przewidzieć, że niemal dokładnie pięć lat później, w tym samym miejscu i w tej samej smutnej oprawie i on będzie żegnany na zawsze…

Dwa lata później tragiczny wypadek wydarzył się w czasie XXIX Samolotowych Mistrzostw Polski Rajdowo-Nawigacyjnych, organizowanych na przełomie września i października 1986 roku przez świętujący wówczas swoje czterdziestolecie działalności Aeroklub Rzeszowski. W tych zawodach Wacław Nycz wraz z Krzysztofem Wyskielem zajęli drugie miejsce za duetem Skalik-Białek z Częstochowy, brąz zdobyła druga rzeszowska para: Witold Świadek  i Bogdan Wójtowicz. Radość z medali przyćmiona została jednak tragedią, która nastąpiła w czasie ostatniej, piątej konkurencji przeprowadzanej 4 października 1986 roku.

Znany rzeszowski dziennikarz i wielki propagator lotnictwa Julian Woźniak tak opisywał wypadek na łamach „Skrzydlatej Polski”:

- W rejonie domku startowego dostrzegam nagłe poruszenie. Co się stało? Biegnę do kierownika lotów Mariana Złamańca. Słyszę jak drogą radiową do wszystkich załóg, które już znajdują się w powietrzu, wysyła wezwanie: przerwać konkurencję Wszystkie załogi wracają na lotnisko! Od którejś z załóg o 12:13 dotarła na lotnisko przerażająca wieść, że na punkcie zwrotnym we wsi Czelatyce, w rejonie Jarosławia, pali się Wilga… Za kilka chwil na miejsce wypadku leci śmigłowiec… Radiowy sygnał znajduje pełne potwierdzenie. Po uderzeniu samolotu w ziemię nastąpił wybuch zbiorników z paliwem. Dopalają się szczątki Wilgi. Śmiercią lotników na miejscu katastrofy zginęli piloci Aeroklubu NRD Jurgen Schur i Michael Pietsch. Przyczynę ustali Główna Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Jednak według wstępnych przypuszczeń, wysnutych na podstawie obserwacji bezpośrednich świadków katastrofy, sędziów znajdujących się na punkcie zwrotnym w Czelatycach, przyczyną katastrofy mógł być błąd pilotażu. Na lotnisku w Jasionce lądują powracające z trasy samoloty. Atmosferę pięknej lotniczej imprezy zasnuwa nagle, niespodziewany cień tragedii. Członkowie delegacji NRD przyjmują wyrazy współczucia.

Ostatni lot

Krzysztof Wyskiel coraz poważniej wiązał się ze sportem szybowcowym. W 1987 roku wystartował w II Mistrzostwach Świata w akrobacji szybowcowej organizowanych w Bielsku Białej. Swój debiutancki występ zakończył na 15 miejscu, ale polska reprezentacja drużynowo zdobyła złoty medal, zaś indywidualnie triumfował Jerzy Makula.

Kilka dni przed mistrzostwami zdarzył się wypadek, istotny w kontekście późniejszej tragedii. Przygotowujący się do zawodów Andrzej Tomkowicz cudem uszedł z życiem, gdy w jego „Kobuzie” urwało się skrzydło. Uratował się wyskakując z szybowca. Najwięcej zawdzięczał swym umięjętnościom spadochroniarskim. Dramat spowodował wiele komentarzy w środowisku, trochę nawet na ten temat dowcipkowano. Wśród komentujących był m.in. Krzysztof, któremu za dwa lata miał się wydarzyć podobny wypadek. Wówczas niestety zabrakło czasu i szczęścia.

Do kolejnych mistrzostw, odbywających się w sierpniu 1989 roku, w zachodnioniemieckim Hockenheim Polacy przystępowali w charakterze faworytów. Już pierwsze konkurencje potwierdziły supremację biało-czerwonych. Po trzeciej z nich na pierwszym miejscu miejscu znajdował się Jerzy Makula, na drugim Józef Solski, na piątym Tadeusz Mężyk, na szóstym Krzysztof Wyskiel. Czwartą konkurencję zaplanowano na 20 sierpnia. To co się wydarzyło tak opisywał później sprawozdawca „Skrzydlatej Polski”:

- Pod koniec wiązanki wykonywanej prawidłowo, ale podczas wietrznej pogody, w trakcie wyprowadzania szybowca z przewrotu, na wysokości 300-350 m urwało się niespodziewanie skrzydło Kobuza. Pilot zrzucił owiewkę kabiny, nie zdołał się jednak wydostać z rozpędzonego szybowca, by ratować się skokiem spadochronowym. Na wysokości około 50 m rozerwało się drugie skrzydło i rozpędzony kadłub z pilotem roztrzaskał się o ziemię. Całe zdarzenie trwało kilka sekund. Krzysztof Wyskiel zginął na miejscu. 20 sierpnia 1989 tragicznie została przerwana piękna, lotnicza karta jaką zapisał 32-letni instruktor lotniczy Aeroklubu Rzeszowskiego.

Organizatorzy mistrzostw, w których startowało 35 pilotów z 10 krajów, zdecydowali o zakończeniu zawodów, zaliczając wyniki poprzednich trzech konkurencji. Drużonowo mistrzem świata została reprezentacja Polski, do której sukcesu przyczynił się również tragicznie zmarły Krzysztof Wyskiel. Kilka dni później pilota uroczyście żegnano na lotnisku w Jasionce, jego zwłoki spoczęły na rzeszowskim cmentarzu Wilkowyja.

Śmierć zawodnika Aeroklubu Rzeszowskiego wzburzyła środowisko. W prasie posypały się gromy na ówczesne władze Aeroklubu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Decydentom zarzucano szafowanie życiem pilotów zmuszonych do latania na starym sprzęcie (konstrukcja „Kobuza” pochodziła z lat 60.), pytano dlaczego nikt nie wyciągnął konsekwencji z poprzednich dramatycznych wydarzeń, zwłaszcza wypadku Andrzeja Tomkowicza. „Kobuzy” wycofano z użycia.

Szymon Jakubowski

Fot. archiwum rodzinne

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Andrzej
Andrzej 22.01.2021, 13:42
Szkoda chłopaków. Nie tylko władze aeroklubu PRL są temu winne, że Kobuzom odchodziły skrzydła. Znacznie wcześniej, bo w pierwszej połowie lat 70tych na wrocławskim lotnisku na Gądowie Małym zginął pilot z tego samego powodu. To IKCSP dało Kobuzowi zielone światło dopuszczając ten typ do akrobacji wyczynowej.
Po drugie chciałbym uzupełnić informacje dotyczące wypadku Jasia Barana i zalodi z NRD. Otóż są to ofiary powszechnego przekonania, że Wilga nie wpada w korkociąg oraz informacji, że minimalna jej prędkość wynosi 65 kmh. Sam się przekonałem, że to nieprawda. Z pełnymi zbiornikami i 3 osobami "zwinęła" mi się z 80 kmh w prawo. Straciłem na tym fikołku ok 150m i żyję. W instrukcji samolotu nadal brak informacji i korkociągu, na pełnych klapach, które należy natychmiast schować, aby przeżyć.
Jasiowi Baranowi zabrakło wysokości, bo był to korkociąg, a nie przeciągnięcie.

Pozostałe