Rudolf Probst - agent AK w Gestapo

  • 10.07.2018, 14:53 (aktualizacja 12.07.2018 14:58)
Rudolf Probst - agent AK w Gestapo

Przez ponad rok pracował jako funkcjonariusz sanockiego Gestapo. W rzeczywistości był „wtyczką” Armii Krajowej w szeregach wroga. Narażając w każdej chwili życie, informował o działaniach hitlerowców przeciwko podziemiu niepodległościowemu, dokumentował zbrodnie okupanta. 

   Rudolf Probst, bo o nim mowa, urodził się 23 marca 1923 roku w Jaśliskach (chociaż jako miejsce urodzenia podawany jest również Zarszyn – najprawdopodobniej jednak było to tylko miejsce jego zamieszkania w okresie przedwojennym) w rodzinie o niemieckich korzeniach. Był uczniem Gimnazjum Męskiego imienia Królowej Zofii w Sanoku. Gdy wybuchła wojna, aby uniknąć wywózki na roboty do Niemiec, zatrudnił się w tartaku, gdzie jego ojciec był kierownikiem zmiany. Mimo niemieckiego pochodzenia wychowany był w polskiej, patriotycznej tradycji. Nic więc dziwnego, że już jako siedemnastoletni chłopak związał się z konspiracją. Akurat na terenie, gdzie mieszkał, bardzo szybko zaczęły tworzyć się podziemne organizacje zakładane przez byłych wojskowych, którzy po powrocie z kampanii wrześniowej postanowili walczyć dalej.

Polski patriota z niemieckim pochodzeniem

   W 1940 roku Rudolf Probst został członkiem Związku Walki Zbrojnej, później przemianowanego na Armię Krajową. Przyjął pseudonim „Świt”. W domu Probsta konspiracyjnie słuchano audycji radiowych z Londynu, zasłyszane informacje przekazywano dalej. Młody chłopak uczestniczył m.in. w zbiórkach pieniędzy na rzecz podziemia, kolportażu prasy (jak później, wspominał zdarzało mu się aż z Rzeszowa wozić „bibułę” różnych ugrupowań, nawet PPR). Był także odpowiedzialny za transport broni, bywało, że kupował ją od Niemców, np. w restauracji w Krośnie.

   W 1942 roku sanockim podziemiem wstrząsnęła fala aresztowań, która mocno przetrzebiła szeregi miejscowych AK-owców. W organizacji zwrócono wówczas uwagę na konieczność posiadania w strukturach wroga „wtyczki”, umożliwiającej wgląd w plany hitlerowców.

   Szukając odpowiedniego kandydata, pomyślano o Rudolfie. Pasował idealnie. Doskonale znał język, miał niemieckie nazwisko i pochodzenie, a dodatkowo, by uniknąć wywózki, jego ojciec podpisał volkslistę.

   Szef zarszyńskiej placówki AK ppor. Mieczysław Granatowski ps. „Grot” miał już pewne doświadczenie w „prowadzeniu” agentów umieszczonych po drugiej stronie. Z AK współpracowali funkcjonariusze „granatowej” policji z Zarszyna. On tez przedstawił kandydaturę Probsta kpt. Adamowi Winogradzkiemu ps. „Korwin”, odbudowującemu struktury sanockiej AK po aresztowaniach.

W „jaskini lwa”

   Probst nie miał większych problemów z dostaniem się do pracy w Gestapo, zapewne jego rodzina uznana została przez okupacyjne władze za lojalną. Można przypuszczać, że była dyskretnie sprawdzana i jej stosunek do hitlerowskich porządków nie wzbudzał podejrzeń. Po złożeniu podania, w listopadzie 1943 roku, został przyjęty do pracy w charakterze tłumacza. Włożył służbowy mundur kaprala i rozpoczął pracę w ponurym gmachu przy ul. Bergstrasse 5 (obecnie ul. Króla Kazimierza Wielkiego 8). Jego agenturalna praca w „jaskini lwa” była bezcenna. Asystował przy czytaniu korespondencji (zarówno donosów, jak i oficjalnych pism), przy przesłuchaniach, odbierał telefony i dalekopisy. Było to tym istotniejsze, że sanocka placówka Gestapo funkcjonująca w terenie przygranicznym, a później przyfrontowym, miała bezpośrednie połączenie telefoniczne i telegraficzne z Berlinem. Dawało to możliwość wglądu w szczególnie interesujące informacje i dane. Probst pełnił także funkcję gońca w kontaktach z innymi urzędami, poznał siatkę konfidentów W lecie 1944 roku w obliczu spodziewanej ofensywy sowieckiej, konwojował do Tarnowa archiwum sanockiego Gestapo.

   Aby uniknąć wpadki, konieczne było zachowanie bezwzględnej konspiracji. Probst złożył specjalną przysięgę obowiązującą żołnierzy AK wyznaczonych do akcji specjalnych, jego prawdziwą rolę znała garstka konspiratorów, informacje – dostarczane ustalonym kodem – mógł przekazywać tylko „Korwinowi”. W kontaktach ze zwierzchnikami używał pseudonimu „Weksler”. Mimo że dzięki jego pracy liczba aresztowanych konspiratorów wyraźnie się zmniejszyła, a zapewne był obserwowany, Gestapo nie miało co do niego podejrzeń. Uczestniczył w życiu towarzyskim hitlerowców, chociaż w kontaktach z innymi funkcjonariuszami zachowywał dystans.

   Pełne owoce jego pracy nie są znane. Pewne jest, że ocalił co najmniej dziesiątki osób przed aresztowaniem. Brał udział w tworzeniu list zbrodniarzy niemieckich, rozpracowywał funkcjonariuszy aparatu okupacyjnego, jego informacje służyły do przygotowywania wyroków śmierci na najbardziej znienawidzonych funkcjonariuszy i konfidentów. Być może, jego zadaniem było też osłanianie innych osób współpracujących z podziemiem, np. powiatowego radcy szkolnego – Kreisschulrata – Williego Hubera, który wykorzystywał posiadane informacje do ostrzegania zaangażowanej w konspirację młodzieży.

Ucieczka

    W czerwcu 1944 roku Probstowi zaczęła grozić dekonspiracja. Według niektórych źródeł agenta udało się ocalić w porę dzięki sierż. Władysławowi Skałkowskiemu ps. „Dąb”, który był komendantem sanockiego komisariatu „granatowej” policji, a jednocześnie szefem AK-owskiego wywiadu i kontrwywiadu. Miał się zorientować o grożącej zdradzie dzięki swym „wtyczkom” w więzieniu. Sam Probst z kolei w jednym z wywiadów mówił, że przypadkiem odebrał telefon od jakiegoś Niemca, który twierdził, że w Gestapo pracuje agent podziemia i żądał rozmowy z szefem placówki.

   Probst miał wtedy zbyć rozmówcę, obiecując niezwłoczny kontakt z kompetentną osobą, sam natomiast zabrał broń, listę konfidentów i pod pretekstem wyjścia po papierosy opuścił siedzibę Gestapo. Czym prędzej udał się w kierunku torów kolejowych, gdzie wskoczył do pociągu jadącego w kierunku Krosna. Ukrywał się przez pewien czas w browarze w Zarszynie, po czym jako „spalony” na tym terenie został przeniesiony – pod nazwiskiem Zygmunt Panek – w okolice Rymanowa. Brał udział w akcji „Burza”, czyli w działaniach mających na celu opanowanie terenu przed wejściem Sowietów.

   Gestapo, domyśliwszy się roli, jaką pełnił Probst, wydało za nim list gończy. Za głowę „zdrajcy” oferowano wysoką nagrodę. Na szczęście zabiegi Niemców były bezskuteczne. Uciekając przeżył chwile grozy, gdy w czasie wyzwalania Sanoka natknął się na wycofujących gestapowców. Do spodziewanego starcia, mimo że Niemcy go rozpoznali, nie doszło. Zapewne ważniejsze było dla nich wtedy ratowanie własnej skóry, niż pościg za agentem.

   Po wejściu Rosjan do Sanoka przez krótki czas był tłumaczem między nimi a miejscową ludnością. Przez pewien czas wzajemne stosunku z „wyzwolicielami” układały się poprawnie, część dawnych konspiratorów wstąpiła nawet w szeregi wojska gen. Zygmunta Berlinga. Jednak gdy zaczęły nasilać się represje wobec żołnierzy AK, zdecydował się na wyjazd z Sanoka.

   Jego rola w czasie okupacji może jednak być różnie odbierana. Część osób wiedziała o jego prawdziwym zadaniu w Gestapo, wielu niewtajemniczonych widywało go jednak w znienawidzonym mundurze. A były to czasy, w których często najpierw strzelano, zanim wysłuchano wyjaśnień. Można było się również spodziewać donosu „życzliwych”, których nie brakowało. Sama przynależność do Armii Krajowej mogła przysporzyć problemów, a co dopiero praca w Gestapo. Tym bardziej że oficjalna propaganda coraz bezczelniej zarzucała AK-owcom kolaborację z Niemcami.

   Probst postanowił więc się zabezpieczyć. Sam wniósł przeciwko sobie donos do sądu w Jaśle, gdzie poinformował o swojej pracy w Gestapo na polecenie AK. Po roku otrzymał zaświadczenie z sądu w Rzeszowie oczyszczające go i stwierdzające, że nie pracował dla Niemców. Zdecydował się na wyjazd do Siedlec, gdzie trafili jego rodzice, później podjął studia na Wydziale Biologii UMCS w Lublinie. Zdecydował się na zerwanie kontaktów z kolegami z AK, co być może uratowało go przed poważniejszymi problemami.

Życie pod nadzorem

   Nawet jednak unikanie styczności z dawną i nową konspiracją, nie uchroniło przed inwigilacją UB. Był raz zatrzymany i bezskutecznie nakłaniany do składania zeznań na temat byłych kolegów. Prawdopodobnie formą represji za okupacyjną działalność było skierowanie go na kilkumiesięczne przeszkolenie do karnej kompanii w Hrubieszowie, gdzie znaleźli się inni byli AK-owcy.

   W 1949 roku zaczął pracę jako nauczyciel biologii w Tarnogórze, później w Grabowcu, wreszcie w Radzyniu Podlaskim, gdzie dyrektorował miejscowemu liceum, udzielał się w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym. Przez cały czas miał jednak pewne problemy, zwłaszcza z partyjnymi „kolegami” i zwierzchnikami. Jego inwigilacja zakończyła się prawdopodobnie na początku lat 80. po „karnawale Solidarności”, gdy przeszedł na zasłużoną emeryturę.

   Musiały upłynąć lata, by jego wojenne zasługi zostały w pełni docenione. W 1971 roku otrzymał pierwszy Krzyż Partyzancki, co nie przeszkodziło szefowi lokalnemu Związku Bojowników o Wolność i Demokrację wtrącić, że jego zdaniem na to odznaczenie nie zasłużył, gdyż „AK wysługiwała się Niemcom”. Więcej odznaczeń otrzymał w latach 80. i 90.: Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Odznakę Weterana Walk o Niepodległość, Odznakę Pamiątkową „Akcji Burza” czy Krzyż Armii Krajowej. Był bohaterem reportażu wyemitowanego na falach I Programu Polskiego Radia oraz zrealizowanego przez TVP Rzeszów fabularyzowanego filmu dokumentalnego "Byłem w Gestapo".

Rudolf Probst – zapomniany bohater Polskiego Państwa Podziemnego zmarł 13 lutego 2015 roku w Radzyniu Podlaskim.

sj

Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe