Samolot Polskich Linii Lotniczych LOT, noszący nazwę „Dunajec”, wykonywał rejs nr LO703 z Warszawy-Okęcia do Rzeszowa-Jasionki. Maszyna, wyprodukowana w 1966 roku, należała do typu An-24, wykorzystywanego przez polskiego przewoźnika od lat sześćdziesiątych. Na pokładzie znajdowało się łącznie 29 osób. Dwaj funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, podróżujący wśród pasażerów, mieli za zadanie przeciwdziałać ewentualnym próbom porwania samolotu. Do katastrofy doszło w końcowej fazie lotu, gdy maszyna zbliżała się już do lotniska docelowego.
Około godziny 10.25, na kilka minut przed planowanym lądowaniem, nastąpiła awaria obu silników, których mimo podejmowanych prób nie udało się ponownie uruchomić. Pozbawiony napędu samolot zaczął tracić wysokość. Załoga stanęła przed koniecznością natychmiastowego znalezienia miejsca do awaryjnego lądowania, ponieważ maszyna nie była już w stanie dotrzeć do pasa startowego lotniska w Jasionce.
Dowódcą samolotu był doświadczony pilot Kazimierz Rożek, mający za sobą około 30 lat pracy w lotnictwie. Drugim pilotem był Waldemar Wolski. Wobec braku możliwości uruchomienia silników załoga zdecydowała się na awaryjne lądowanie na polach pod Łańcutem, około 14 kilometrów od lotniska w Jasionce. Wybrano stosunkowo płaski teren, pozwalający na posadzenie maszyny bez wypuszczonego podwozia.
Samolot z dużą siłą uderzył o ziemię i przemieszczał się jeszcze przez kilkaset metrów po nierównym terenie, pokonując m.in. rowy melioracyjne. W trakcie lądowania oderwał się jeden z silników, poważnemu uszkodzeniu uległ kadłub, a część foteli została wyrwana z mocowań. Pomimo ogromnej siły uderzenia zdecydowana większość osób znajdujących się na pokładzie przeżyła katastrofę i zdołała wydostać się na zewnątrz. Nie wszystkim jednak udało się opuścić maszynę.
Jedyną ofiarą śmiertelną była Weronika Szwed, 68-letnia mieszkanka Rzeszowa, która została uwięziona wśród pogiętych i połamanych foteli. Nie zdołała wydostać się z samolotu przed wybuchem pożaru. Według informacji przekazanych w dniu katastrofy przez amerykańską agencję United Press International (UPI), pięć osób odniosło poważne obrażenia i trafiło do szpitali w Rzeszowie oraz Łańcucie. Pozostałych 23 ocalałych po badaniach i udzieleniu pomocy medycznej zwolniono.
W pierwszych godzinach po katastrofie pojawiły się nawet informacje o 16 ofiarach śmiertelnych. Taką liczbę podały początkowo PLL LOT oraz Polska Agencja Prasowa. Szybko okazało się jednak, że doniesienia te były nieprawdziwe. Część pasażerów po opuszczeniu samolotu oddaliła się z miejsca wypadku samochodami, co utrudniło ustalenie rzeczywistej liczby ocalałych. Jeszcze tego samego dnia oficjalnie potwierdzono, że zginęła jedna osoba.
Wśród pasażerów feralnego rejsu był m.in. znany dziennikarz muzyczny Tomasz Beksiński (syn słynnego artysty Zdzisława), który tak relacjonował dziennikarzowi rzeszowskich „Nowin” moment katastrofy:
- Wstrząs w momencie uderzenia był tak duży, że kilka osób wyleciało w przód ze swych siedzeń. Niemal od razu zewsząd ogarniały nas kłęby dymu. Za innymi zmierzałem do otwartego już wyjścia, gdy zauważyłem, że obok leży ktoś przygnieciony stertą pogiętych i połamanych foteli. Schyliłem się i próbowałem odgiąć te fotele, i wtedy przypomniałem sobie, że to musi być starsza pani z laską, która zwróciła wcześniej moją uwagę. Ale nie mogłem jej pomóc, gdyż fotele zakleszczyły się, a ja zacząłem się dusić od dymu. W ostatniej chwili skoczyłem do wyjścia. W kilka sekund później rozległy się wybuchy zbiorników z paliwem.
W ewakuacji pasażerów uczestniczyli członkowie załogi oraz funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej. Wydostanie się z wraku utrudniały uszkodzone fotele i zadymienie kabiny. Wkrótce po opuszczeniu maszyny przez ocalałych doszło do wybuchów i pożaru, który doszczętnie zniszczył samolot.
Przyczyną tragedii w Białobrzegach, jak ustaliła później komisja wypadków lotniczych, było niewłączenie przez załogę w porę instalacji przeciwoblodzeniowej. Podczas przelotu przez chmury doszło do oblodzenia wlotów powietrza do silników, co doprowadziło do ich zatrzymania. Ponowne uruchomienie silników w czasie lotu okazało się niemożliwe. Ustalenia komisji podano do publicznej wiadomości w czerwcu 1989 roku.
Bezpośrednio po katastrofie zwracano uwagę przede wszystkim na umiejętności pilotów, którym udało się posadzić pozbawioną napędu maszynę na polu i uratować życie większości osób znajdujących się na pokładzie. Późniejsze wyniki dochodzenia rzuciły jednak na przebieg wydarzeń inne światło. Choć samo awaryjne lądowanie przeprowadzono skutecznie, do utraty napędu doprowadził błąd załogi, której obowiązkiem było odpowiednio wczesne włączenie instalacji przeciwoblodzeniowej.
Katastrofa spowodowała dyskusję na temat stanu wyszkolenia polskich pilotów, miała też wpływ na przyspieszenie decyzji o wycofaniu z eksploatacji samolotów An-24. Maszyny tego typu służyły w PLL LOT od lat sześćdziesiątych. W kolejnych latach ich miejsce zajęły nowocześniejsze samoloty ATR-72.





Napisz komentarz
Komentarze