25.12.1976. Zbrodnia połaniecka.

  • 25.12.2020, 09:32 (aktualizacja 25.12.2020, 09:44)
25.12.1976. Zbrodnia połaniecka. Wizja lokalna w Zrębinie z udziałem sprawców brutalnego zabójstwa.

O tej zbrodni, popełnionej po pasterce, w Boże Narodzenie 1976 r., pisało już wielu i wiele razy. Roman Bratny sfabularyzował ją w znanej książce pt. „Wśród nocnej ciszy”, a reżyser Janusz Petelski nakręcił o niej film pod wymownym tytułem „Zmowa”. Orzekał w niej Sąd Wojewódzki w Tarnobrzegu, z ówczesną siedzibą w Sandomierzu.

- Zająłem się tą sprawą jeszcze w pierwszej fazie śledztwa, kiedy trafiła do mnie matka śmiertelnych ofiar niewiarygodnego wówczas wypadku drogowego, która w Zrębinie pod Połańcem (województwo świętokrzyskie, powiat staszowski, na pograniczu z Podkarpaciem – przyp. red.) była z mężem izolowana od otoczenia - wspomina mec. Rajmund Aschenbrenner z Tarnobrzega. - Nie mogła znaleźć po tamtej stronie Wisły obrońcy, który podjąłby się występowania w jej imieniu, bo w Połańcu i Staszowie wprawa ta stanowiła swoiste tabu. Po długich wahaniach stałem się powiernikiem kobiety, której świat nagle zawalił się, nie wierząc jeszcze, iż przyczyną tego była finezyjnie zaplanowana i zrealizowana zbrodnia.

Kobietą tą była Zdzisława Kalita ze Zrębina, która wyraziła zgodę na spotkanie z reporterem, choć wiedziała, że po raz kolejny przyjdzie jej zmierzyć się samotnie (ojciec zmarł jej w 1993 r., a mąż w 1999 r.) z balastem wyjątkowo koszmarnych wspomnień. Do dziś w „pokoju dzieci” - jak mówi - wiszą na ścianie, nad dużym lustrem, zdjęcia niespełna 13-letniego w chwili tragicznej śmierci syna Mieczysława oraz 18-letniej córki Krystyny (była wówczas w 5. miesiącu ciąży) i jej 25-letniego męża Stanisława Łukaszka.

- Najgorszy jest co roku czas poprzedzający Święto Zmarłych i Boże Narodzenie - wspomina Zdzisława Kalita. - Wtedy nie mogę sobie miejsca znaleźć, ani nic konkretnego robić. Dobrze, że spotykamy się w tym okresie, bo trzeba przypominać o tej sprawie, aby nigdy i nigdzie nie powtórzyło się coś tak potwornego, jak tutaj przed laty.

Droga do domu Zdzisławy Kalitowej wskazał nam emerytowany oficer tarnobrzeskiej policji - nadkom. Janusz Ragan, który jest tutaj traktowany - podobnie jak inny emeryt z tej samej jednostki Henryk Buczek - jak przyjaciel. Janusz Ragan był po tragedii pod Połańcem specjalnym oficerem operacyjnym. Buczek pracował w ekipie dochodzeniowo-śledczej), który badał tło i okoliczności dziwnego dlań wypadku drogowego, w którym śmierć poniosły trzy wymienione wyżej osoby. Lansowana od początku wersja wypadku, w którym autobus „San” najechał na trzy osoby, od początku wydawał mu się niewiarygodna.

- Miałem przed sobą zdjęcia ofiar tego rzekomego wypadku, wykonane przed sekcją zwłok i widoczne na nich obrażenia zupełnie nie pasowały do przyjętej pierwotnie wersji wypadku - wspomina Janusz Ragan. - Nie pasowały do niej zwłaszcza obrażenia głowy chłopca, ale też dwóch pozostałych ofiar. Ale miałem też opinię biegłego lekarza, w której była wyraźna sugestia, że wszystkie trzy osoby są ofiarami wypadku. Cała wieś Zrębin milczała na jego temat jak grób, ale tę powszechną ciszę przerywać nagle zaczęły krzyki młodego chłopca. Podchodził on pod dom najzamożniejszego tutaj rolnika i w mroku wykrzykiwał: - Bandyci! Zamordowaliście tyle osób!

Z dalszej relacji J. Ragana wiadomo, że dość długo trzeba było pracować nad tym, aby ów krzyk zamienić w wiarygodne zeznania światka, z których wynikało, iż wypadek drogowy był jedynie upozorowany, a trójka młodych ludzi była ofiarami dokładnie zaplanowanej oraz zrealizowanej zbrodni. Nie było to łatwe, gdyż Zrębin nadal milczał, a swoje „prywatne śledztwo” prowadził we wsi wspomniany wyżej, najbogatszy gospodarz, 48-letni Jan Sojda, zwany tu „Królem Jasiem”, samozwańczy przywódca wiejskiej społeczności.

Jak się okazało na magnetofonie nagrał on zeznania tego samego chłopca, który wyparł się przed nim, by wiedział coś o zabójstwie i wracał do znanej wersji drogowego wypadku. Jan Sojda zawiózł swe nagrania prokuratorowi, by chronić przed aresztowaniem w tej sprawie swego szwagra (męża młodszej siostry) - 34-letniego Józefa Adasia. Nie uchronił go jednak, gdyż milicja miała już wtedy dalsze dowody, że to jego właśnie, jako ostatniego, widziano przy autobusie obok trzech ciała. W lutym 1977 r. zatrzymano go i aresztowano po zarzutem spowodowania śmiertelnego w skutkach wypadku, do czego się nie przyznawał, próbując zrzucić winę na kolegę z pracy, który był właściwym kierowcą autobusu.

Jego szwagier i żona rozpowiadali po wsi, że aresztowanie Adasia to pomyłka, która wkrótce się wyjaśni i Józef wyjdzie zza krat, wyraźnie wywierając presję na świadków zdarzeń, których okropności nikt ze śledczych sobie wówczas nie wyobrażał. Jan Sojda i Hałasowa zorganizowali dla sporej grupy zrębinian pielgrzymkę do Częstochowy (wynajęli nawet autobus), podczas której wszyscy modlili się gorliwie w intencji uwolnienia niewinnego rzekomo Adasia.

Tymczasem metodami operacyjnymi i procesowymi milicja zbierała coraz więcej dowodów na to, że zdarzenia, w których uczestniczył m.in. kierowca PKS Józef Adaś (autobus, który zastano w miejscu odnalezienia zwłok prowadzić miał tego dnia inny kierowca), bynajmniej nie sprowadzały się do opisu drogowego wypadku, ale były perfekcyjnie zaplanowaną zbrodnią na rodzinie Kalitów.

Miała to być rodzinna zemsta, którą od kilku miesięcy zapowiadał Jan Sojda, za obrazę jego honoru i godności jakiej miała się rzekomo dopuścić Zdzisława Kalitowa podczas przyjęcia weselnego swojej córki. Obyło się ono w sierpniu 1976 r. i w tedy uczestniczyła w tej uroczystości cała rodzina Sojdów, którzy z Kalitami byli spokrewnieni w żeńskiej linii (czyli „po kądzieli”).

Aby jednak zrozumieć istotę tego, co legło u podstaw straszliwej zemsty na dzieciach Kalitów, cofnąć się trzeba w czasie aż do pierwszych lat powojennych. Wówczas to ojciec Zdzisławy Kality - Jan R. był aktywnym członkiem PPR (później PZPR, której był sekretarzem we wsi, a także z jej ramienia radnym gromadzkim) i ORMO, do której wstąpił w 1946 r. Jako członek tej ostatniej, został przez MO zobowiązany, by z jej funkcjonariuszami zatrzymać i odstawić do więzienia Jana Sojdę, którego prawomocnie skazano za gwałt na 8 miesięcy bezwzględnej odsiadki.

Jan R. niechętnie uczestniczył w zatrzymaniu dalszego krewniaka, podczas którego dojść miało nawet do użycia broni. Jan Sojda przez długie lata miał o to do niego pretensje i choć wtedy nie zapowiadał zemsty, kilka lat później na podwórzu Sojdy zastrzelony został w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, syn Jana R. - Marian. Kilkunastoletni chłopiec wszedł tam przypadkowo i strzelił do niego z karabinu znajomy Sojdy, który później tłumaczył się, że strzelał do psa i przypadkowo trafił chłopca.

Znajomy ów strzelał jednak w obecności Jana Sojdy, na jego podwórku i po tym, jak właśnie Sojda naładował i zarepetował jego broń. Niefortunnego strzelca skazano za to na symboliczną karę więzienia w tzw. zawiasach i wkrótce zginął on tragicznie w wypadku, zabierając tajemnicę śmierci syna Jana R. do grobu.

Tymczasem Jan Sojda, który ożenił się już i miał dzieci, a po zatarciu skazania za gwałt był nawet ławnikiem sądowym, dorabiał się na swym gospodarstwie coraz większej fortuny. Wyraźnie też zaczął rywalizować z szanowanym nadal w Zrębinie działaczem społecznym Janem R. o nieformalne przywództwo we wsi.

Agresywny w tych dążeniach (sąsiadom i przeciwnikom wytaczał spory sądowe, które wygrywał, wielu ludziom groził swoimi „możliwościami i znajomościami”, wielu pomagał przy skupie owoców, które dostawiał do zakładów przetwórczych w Dwikozach), Jan Sojda pozornie był życzliwy wobec spokrewnionego z nim męża pani Kalitowej i nawet pomagał mu w pracach polowych i gospodarskich (jako jedyny we wsi miał ciągnik i telefon).

Ta pozorna lub pozorowana zgoda sprawiła, że cała rodzina Jana Sojdy została zaproszona na wesele młodej Krysi Kality ze Stanisławem Łukaszkiem, która odbywało się w zabudowaniach Kalitów. Sojdzie nie przeszkadzało, że jednym z gospodarzy wesela będzie Jan R. i nie lubiana przez niego Zdzisława Kalitowa. Jego młodsza siostra pełnić tam miała obowiązki jednaj z kucharek i ten fakt stał się zarzewiem nowego konfliktu, który ze straszliwą mocą i potwornością eksplodował kilka miesięcy później, w bożonarodzeniową noc.

Zdzisława Kalita umówiła się z siostrą Sojdy - Adasiową, że za pomoc w weselu zapłaci jej ponad tysiąc złotych i da dwa półmiski wędlin dla robotników, którzy akurat remontowali jej mieszkanie. Tymczasem podczas przyjęcia inny pomocnik w kuchni zauważył, że Adasiowa wynosi na zewnątrz znacznie więcej wędlin i mięsa niż było umówione. Doszło do tego, że Kalitowa się zaniepokoiła, iż braknie jej jadła dla gości i przez kogoś napomniała Adasiową, by nie wynosiła z kuchni więcej weselnego jedzenia. Adasiowa obraziła się i przed północą opuściła ze swymi półmiskami wesele.

Na drugi dzień jednak pod groźbą zemsty, wymusiła ona na Kalitowej danie jej jeszcze dzbanków z wynajętych z wypożyczalni serwisów, bo bardzo się jej podobały, a nigdzie takich ponoć nie można było kupić. Kalitowa dała jej te dzbanki, a wypożyczalni oświadczyła, że się stłukły podczas przyjęcia i zapłaciła za nie ponad tysiąc złotych. Adasiowa pieniędzy jej nie oddała, a Kalitowa zamiast nich usłyszała od jej brata - Jana Sojdy pogróżki, że zemści się na jej dzieciach za pomówienie jego siostry o kradzież i wyłudzenia, które są dla niego obrazą i potwarzą tak wielką, że darować jej nie może.

Potem zresztą często zapowiadał przy wielu ludziach, że „wypleni Kalitowe plemię” i tylko czas miał pokazać, kiedy to zrobi. Fakt, że wybrał na moment tej zemsty wigilijną noc, nie był przypadkowy. Wiedział, że Kalitowe dzieci pójdą w ten wieczór po kolacji do rodziny męża ciężarnej Krysi, a potem wraz z małym Mieciem na pasterkę do Połańca. Wiedział też, że będzie tam sporo ludzi ze Zrębina i okolic oraz większość z nich przyjdzie tu z wódką, bo pasterka była dla nich jedną z wielu okazji, by tęgo popić ze znajomymi. A pijanych łatwo przekupić, zastraszyć i zmusić później do milczenia.

Tak musiał rozumować nieformalny przywódca wsi, który właśnie w tę szczególną noc postanowił zrealizować swój okrutny plan - zemścić się niezwykle krwawo i zrobić to na oczach dziesiątek ludzi ze wsi, by wszyscy wiedzieli, że nikt nie może mu się oprzeć ani kwestionować jego wodzowskich zapędów i planów.

We wspomnianej we wstępie powieści o tej zbrodni, popełnionej podczas pasterki w 1976 r., Roman Bratny w książce pt. „Wśród nocnej ciszy”, opisał m.in. publiczną spowiedź głównego zabójcy w połanieckim kościele. Reżyser Janusz Petelski, w filmie pt. „Zmowa”, powtórzył na ekranie tę znamienną i niecodzienną scenę.

- O tej spowiedzi dowiedziałem się od swej klientki, pani Zdzisławy Kalitowej, matki dwojga zabitych pod Połańcem dzieci i teściowej trzeciej śmiertelnej ofiary. Organizator zbrodni na kolanach, na oczach wielu ludzi, szedł przez kościół do konfesjonału, a potem długo wyznawał grzechy - wspomina mec. Aschenbrenner. - Chciał zapewne przez fakt rozgrzeszenia wywrzeć nacisk na ludzi, którzy mieli już dość milczenia o zabójstwie. Tymczasem ja dowiedziałem się, że on wtedy rozgrzeszenia od księdza nie dostał, gdyż duchowny uznał, iż dać go sam nie może i odesłał go do biskupa.

Z dalszej relacji adwokata wiemy, że bardzo go ta informacja zaintrygowała. Tak bardzo, że osobiście pojechał do Połańca, by porozmawiać ze spowiednikiem Jana Sojdy. Ksiądz nie chciał rozmawiać z nim na ten temat, bo obowiązywała go tajemnica spowiedzi. Ale na koniec krótkiej rozmowy z księdzem mec. Aschenbrenner zadał pytanie, na które duchowny mógł już odpowiedzieć: - Proszę księdza, a kiedy duchowny w parafii nie może udzielić rozgrzeszenia i wysyła grzesznika aż do biskupa? - spytał adwokat i usłyszał w odpowiedzi: - Wtedy, gdy usłyszał o grzechu bardzo ciężkim… - Wtedy wiedziałem już, że podejrzenia pani Kalitowej o popełnionym z premedytacją zabójstwie jej dzieci, które skrywała cały czas zmowa milczenia kilkudziesięciu świadków, muszą być prawdziwe - skomentował to adwokat.

Tymczasem presja samego Jana Sojdy, jak i jego rodziny na zrębińską społeczność była tak silna, że zatrzymano go i aresztowano dopiero w maju 1977 r., na razie jedynie pod zarzutem utrudniania śledztwa. W tym samym miesiącu prokuratura podjęła decyzję o przeprowadzeniu ekshumacji ofiar rzekomego wypadku i ponownej sekcji zwłok w renomowanym wówczas Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie, którym kierował zmarły już prof. dr hab. n. m. Zdzisław Marek.

- Ponowna sekcja zwłok całej trójki tragicznie zmarłych młodych ludzi potwierdziła moje najczarniejsze podejrzenia, które wynikały z analizy zdjęć - przypomina sobie nadkom. Janusz Ragan. - Okazało się po niej, że poprzednia sekcja wykonana została przez miejscowego lekarza jakoby pod czyjeś dyktando i na potwierdzenie z góry założonej tezy, że wszystkie trzy osoby zginęły wskutek tragicznego wypadku drogowego. Tymczasem zespół profesora Marka zdecydowanie tę tezę obalił i stwierdził po analizie obrażeń na ciałach, że wszystkie zostały bestialsko zamordowane.

Prawdę tę potwierdził wkrótce pierwszy z podejrzanych o udział w zdarzeniach bożonarodzeniowej nocy, 25-letni Henryk Witek. On, jako pierwszy, ujawnił w śledztwie (podczas rozprawy sądowej to odwołał), że dzieci Kalitów zostały po prostu zamordowane przez Jana Bajdę, jego szwagra - Józefa Adasia oraz zięciów Sojdy – 27-letniego Jerzego Sochę i 28-letniego Stanisława Kulpińskiego.

Rozmiary tej publikacji nie pozwalają na pełne odtworzenie śledztwa i trwającego aż rok procesu piątki wymienionych wyżej oskarżonych w tej sprawie. Rozprawy trwały od 7 listopada 1978 r. do 10 listopada 1979 r. i odbywały się średnio trzy razy w tygodniu, od godz. 9 nawet do 23. Wyrok Sądu Wojewódzkiego w Tarnobrzegu, z ówczesną siedziba w Sandomierzu, którego składowi przewodniczył zmarły później przedwcześnie (wszyscy przepowiadali mu wspaniałą karierę) sędzia Marek Maciąg, liczy wraz z uzasadnieniem 651 stron.

Z jego lektury wynika, że pałający żądzą zemsty na dzieciach Kalitów Jan Sojda zaplanował celowo ponury spektakl w wigilijną noc. Tego popołudnia sprawił, że do Zrębina pod Połańcem przyjechał z Wodzisławia swą taksówką marki Fiat 125 p jego zięć - Jerzy Socha. Po świątecznej kolacji wraz z żonami wszyscy oskarżeni udali się tą taksówką (jechała kilkakrotnie) do Połańca, bo Sojda wiedział, że dzieci Kalitów na pewno pójdą na pasterkę.

Jan Sojda przywiózł sporo wódki, którą pito w tę noc w dwóch autobusach zaparkowanych na ulicy Zrębińskiej w Połańcu (420 m od kościoła). W trakcie tej libacji, kiedy po tzw. jutrzni zaczęła się pasterka, Sojda nakłonił jedną z kobiet, by weszła do kościoła i wywołała na zewnątrz córkę Kalitów - Krystynę Łukaszek. Znajoma Sojdy powiedziała jej, że powinna, wraz z mężem - Stanisławem Łukaszkiem i bratem - Mieciem Kalitą, opuścić kościół i wracać do domu, bo ich rodzice strasznie się pokłócili.

Ten pretekst był wiarygodny, bo akurat rodzice Krystyny byli akurat w konflikcie, więc dzieci Kalitów wyszły z pasterki i ruszyły do domu w Zrębinie. Chciały wejść do pierwszego z autobusów marki „San”, ale Jan Sojda ich nie wpuścił do wnętrza, więc poszli pieszo. Krystyna szła prawą stroną drogi w środku, po jej lewej stronie, czyli bliżej osi jezdni, szedł jej młodszy brat, a po prawej mąż. Tę sytuację Jan Sojda postanowił wykorzystać do prowokowania wypadku, do którego doszło za połaniecką piekarnią.

Kilka minut po ich odejściu Sojda nakazał zięciowi Sosze pojechać za nimi taksówką i tak potrącić małego Miecia, by legł na jezdni i nie mógł wstać. Sam Sojda z około 70 osobami jechał w pierwszym z dwóch autobusów, które ruszyły za taksówką. Ta rzeczywiście potrąciła chłopca, który ze złamaną nogą leżał na jezdni i wzywał pomocy. Siostra oraz jej mąż pochylili się nad nim, a wtedy z pierwszego autobusu, który dojechał i stanął za taksówką wypadli Jan Sojda i Józef Adaś.

Zaatakowali oni Stanisława Łukaszka, bili go i szarpali, a z autobusu wyszli za nimi dwaj mężczyźni i wspomniany Henryk Witek. Nikt z pozostałych nie zdołał już wysiąść, bo tylne drzwi były trwale zablokowane, a przy przednich stanęli szwagrowie Sojdy – Stanisław Kulpiński i Jerzy Socha, którzy mówili ludziom, że to nie ich sprawa, więc mają siedzieć cicho.

Ludzie ci widzieli, jak Józef Adaś, który jechał „Sanem” kolegi z pracy, wszedł do niego i wyjął duży (dł. 60 cm) klucz do kół autobusu, po czym uderzył nim Łukaszka kilkakrotnie w głowę i szyję. Młody mężczyzna upadł na jezdnię i stracił na chwilę przytomność, ale wciąż żył i wszyscy słyszeli jego jęki. Widząc to, jego żona – Krystyna – krzyknęła do Sojdy: - Wujku! Nie zabijaj mi męża! Po tym krzyku rozpaczy zaczęła uciekać po śniegu przez pola. Jan Sojda i Józef Adaś rzucili się za nią i dopadli ją po 20 metrach pościgu. Ludzie widzieli to z okien autobusu, bo sylwetki były widoczne na tle śniegu, a dodatkowo oświetlał je latarką Henryk Witek. Sojda dopadł ciężarną krewniaczkę i dusił ją, ale ta wyrywała mu się, znów krzycząc: - Wujku! Zabiłeś mi męża i brata! Zostaw chociaż mnie matce!

Ale te prośby na nic się zdały. Józef Adaś podbiegł i uderzył ja między głowę a szyję tak mocno, że skonała na miejscu. Sojda i Socha przeciągnęli jej ciało w pobliże autobusu i zostawili w rowie. Po tym Sojda wziął ciężki (2,5 kg) klucz i dobił uderzeniem w głowę leżącego na jezdni Stanisława Łukaszka, a następnie przeciągnął z Adasiem wzywającego pomocy Miecia na środek jezdni i Socha, kierowany przez Sojdę, przejechał tylnym kołem fiata jego głowę tak, że wszyscy słyszeli trzask łamanych kości czaszki.

Po tym strasznym mordzie Jan Sojda zebrał wszystkich obecnych „ponad 70 osób” w drugim autobusie i zagroził, że jeśli ktoś piśnie słowo o tym, co widział, stanie się z nim to samo. Potem wyjął krzyż o obrazek Matki Boskiej oraz agrafkę i czystą kartkę papieru, którą położył na masce autobusu. Kazał wszystkim klęknąć i przysięgnąć na krew, że nigdy nie zdradzą, co zobaczyli. Religijną rotę przysięgi wymyślił sam, a po jej przyjęciu każdemu przekłuwał agrafką palec i kazał na kartce zostawić krwawy dowód jej złożenia.

Już po tej przysiędze Jan Sojda wypłacił kilkunastu osobom ogromne wówczas kwoty (do 10-krotnych ich poborów) za milczenie (łącznie z drugą przysięgą w Wesołej, wypłacił kilkunastu osobom ponad 400 tys. st. zł). Po tym uczestnicy zbrodni zapakowali do pierwszego autobusu 3 ciała i pojechali ponad kilometr w stronę Zrębina, przed którym zwłoki wyjęto, rzucono do rowu i jeszcze raz przejechano autobusem, by upozorować drogowy wypadek. Autobusem cały czas kierował Józef Adaś.

Drugi autobus i taksówka zawiozły część świadków do kościołów w Połańcu i Beszowej, by mogli później zeznać, że nie było ich na miejscu zbrodni, bo byli w kościołach lub w ich pobliżu. Tak narodziła się zmowa milczenia, w wyniku której 18 świadków oskarżono później i skazano za fałszywe zeznania, wobec 55 zastosowano grzywny, a wobec 10 areszt tymczasowy.

Cztery dni przed ogłoszeniem wyroku, w warunkach podobnych do tych sprzed dwóch lat, tarnobrzeski sąd przeprowadził w miejscu zbrodni eksperyment procesowy, podczas którego odtworzono przebieg zdarzeń. Cały Zrębin otoczył to miejsce łańcuchem ludzi i ogniskami. Eksperyment w pełni potwierdził sądowe ustalenia i Jana Sojdę oraz jego szwagra i dwóch zięciów skazał za zabójstwo i nakłanianie świadków do fałszywych zeznań – na kary śmierci, zaś Henryka Witka za to, że im pomógł w pościgu za Krystyną Łukaszek i przenosił zwłoki – na 6 lat pozbawienia wolności.

Ich obrońcy wnieśli od tego wyroku rewizję do Sądu Najwyższego i już w 1982 r., tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, sąd ten utrzymał w mocy wyrok w stosunku do Jana Sojdy i Józefa Adasia. Kary śmierci na nich wykonano w tym samym roku. Natomiast Stanisławowi Kulpińskiemu Sąd Najwyższy złagodził karę do 15, a Jerzemu Sosze do 25 lat więzienia. Pierwszy odsiedział z tego wyroku 9, a drugi 11 lat.

10 lat po wykonaniu kar śmierci na dwóch głównych skazanych, ten sam Zbigniew Dyka, który jako adwokat z Krakowa był obrońcą jednego z oskarżonych, już jako prokurator generalny RP, napisał do siebie, jako ministra sprawiedliwości, prośbę o wniesienie rewizji nadzwyczajnej od wyroku na sprawców połanieckiej zbrodni. Próbował przedstawić tarnobrzeski proces na zrębińskich zabójców jako „zbrodnię polityczną”.

W sprawę rewizji nadzwyczajnej zaangażował się m.in. nieżyjący już mec. Władysław Siła-Nowicki, który pojawiał się w Zrębinie wieczorami i zbierał od ludzi jakieś podpisy. Media grzmiały na alarm, Kalitowie znów słyszeli groźby i przezywali chwile środowiskowej izolacji. Ale Sąd Najwyższy uznał, że jest to ewidentna próba upolitycznienia pospolitej zbrodni i rewizję nadzwyczajną oddalił. Dziś Zrębin jakby o sprawie zapomniał i życie toczy się tu nadal swoim codziennym rytmem.

Janusz Klich

Tekst pochodzi z książki „Parada złoczyńców. Pitaval podkarpacki” wydanej w 2006 roku przez rzeszowskie wydawnictwo „Jota”. Redakcja wprowadziła do oryginału nieznaczne poprawki, konieczne ze względu ma upływ czasu od chwili ukazania się publikacji.


[MSOffice1]Powinno być H. Janusz się pomylił.

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe