Rodzina Kahane została ściągnięta do Galicji z miasta Ratzendorf, w dzisiejszej południowej Austrii, pod koniec pierwszej połowy XIX wieku. Związane było to z cesarskim planem zasiedlenia dawnych ziem polskich młodymi osadnikami, którzy na zajętych terenach mieli pełnić funkcje administracyjne i jednocześnie germanizować tę część monarchii. Każda przybywająca tu rodzina dostawała na zagospodarowanie po tysiąc florenów (równowartość dobrej, rocznej urzędniczej pensji) oraz dwa kryte wozy. W ramach tej akcji do Sanoka przybył Ignacy Kahane wraz z żoną (nie ma co do tego pewności, ale prawdopodobnie miała na imię Róża, a przynajmniej tak nazywano ją już w sanockich czasach) oraz z dwójką lub trójką synów, urodzonych jeszcze w Ratzendorfie.
O Ignacym wiemy niewiele, ale na pewno nie okazał się zagorzałym germanizatorem ziemi sanockiej. Przeciwnie – bardzo szybko zasymilował się z miejscową ludnością, a jego dzieci zostały wychowane wręcz w atmosferze polskiego patriotyzmu. Ignacy Kahane występuje w zachowanych dokumentach m.in. jako lekarz powiatowy i zarządca miejscowego szpitala, radny powiatowy oraz członek specjalnej komisji, której zadaniem było wytyczenie terenu pod nowy cmentarz komunalny w Sanoku.
W drodze do Powstania
Gdy w 1863 roku w „kongresówce” wybuchło powstanie, przez granice zaborów przeciągały rzesze ochotników pragnących walczyć przeciw caratowi. Wśród nich znaleźli się bracia Kahane: Filip (ur. w 1838 roku w Ratzendorfie), dwa lata starszy od niego Maurycy (również urodzony w Austrii), Leon – którego daty i miejsca urodzenia nie znamy – oraz najmłodszy z braci, Zygmunt, urodzony już w Galicji, w Lesku, w 1846 roku.
Zdecydowanie najwięcej wiemy o Filipie Kahane, zarówno za sprawą jego bojowych wyczynów w szeregach słynnych „Żuawów śmierci”, jak i późniejszej działalności w czasie pracy w łańcuckich dobrach Potockich. Bardzo ważnym przyczynkiem do jego biografii są także własnoręcznie spisane wspomnienia. W lutym 1863 roku Filip przyjechał do Krakowa, skąd po kilku dniach ruszył do Ojcowa, gdzie formował się oddział pułkownika Apolinarego Kurowskiego. W krótkim czasie w okolicy udało się skoncentrować 2,5 tysiąca ochotników. Niestety, zapał nie był w stanie zastąpić dramatycznych braków w zaopatrzeniu i uzbrojeniu. Na starych fotografiach widać pojedynczych powstańców pozujących z karabinami. Problem w tym, że najczęściej był to… jeden i ten sam karabin, pożyczany do zdjęcia. Pochodzący z zamożnej rodziny Filip Kahane mocno wyróżniał się na tle często obdartych i głodnych towarzyszy broni. Pół wieku po tych wydarzeniach wspominał:
– Wiozłem z sobą 8 sztuk broni palnej i 2 pałasze – z tego powodu byłem pożądanym nabytkiem: różne też oddziały robiły starania, aby mnie pozyskać dla siebie, rozumie się z moim zapasem broni. Najgorliwiej werbował mnie kapitan strzelców Jan Nepomucen Gniewosz, który oprócz namowy i serdecznych uścisków chciał mnie nawet przekupić, ofiarując kawałek suchego bulionu, jeśli zaciągnę się do jego oddziału.
Ostatecznie jednak Filip trafił do oddziału „Żuawów śmierci”, tworzonego przez francuskiego oficera, prowadzącego przed Powstaniem szkołę fechtunku w Krakowie – François’a de Rochenbrune’a. Formacja, której wyróżnikiem były mundury z białym krzyżem na piersiach, zyskała – dzięki intensywnemu szkoleniu i późniejszej bitności – sławę doborowej jednostki. We współczesnej literaturze często nazywa się ich „komandosami Powstania Styczniowego”.
Losy braci
W zgrupowaniu Kurowskiego początkowo znalazł się także Maurycy. Obaj bracia wzięli udział w ataku na Miechów 17 lutego 1863 roku. Mimo początkowych sukcesów atak zakończył się porażką. Polacy ponieśli duże straty (ok. 200 zabitych), a formacja Kurowskiego – oskarżanego o nieudolność i później obarczanego winą za klęskę – poszła w rozsypkę. Pod Miechowem Filip wykazał się niepospolitym męstwem, m.in. wynosząc z pola bitwy powstańczą chorągiew. Tak opisywał to później w swoich wspomnieniach:
– Strzały moskiewskie padały gęsto; kule ze świstem przelatywały koło uszu, a myśmy – stojąc na cmentarzu pod miastem – kropili ich też dzielnie. Co który łeb zza węgła czy płotu pokazał, to go już więcej nie wystawił. Posuwając się naprzód wśród najgorętszej bitwy, spostrzegłem jednego z braci Wędrychowskich, leżącego z przestrzeloną nogą. Gdy mnie zobaczył, „ratuj, bracie!” zawołał. Zwróciłem się ku niemu, ale w tejże chwili zauważyłem, że nasz chorąży, ugodzony kulą, zachwiał się i upadł, wypuszczając sztandar z ręki. Podbiegłem, pochwyciłem chorągiew, a zamęt walki oddalił mnie od biednego Wędrychowskiego. Do końca potyczki niosłem sztandar; potem, gdyśmy poszli w rozsypkę, zdjąłem chorągiew z drzewca i jak relikwię ukryłem na piersiach. Oddałem ją później Rochenbrune’owi. Chorągiew tę, z wizerunkiem Matki Boskiej i wierszem ułożonym przez Wincentego Pola, ofiarowała nam była hr. Muszyńska. (Nie wiem, co się z nią potem stało).
Maurycy kontynuował powstańczą walkę pod generałem Marianem Langiewiczem. Uczestniczył w bitwie pod Pieskową Skałą w marcu 1863 roku, gdzie powstańcy, mimo zaskoczenia ich we śnie, zdołali z niewielkimi stratami wyrwać się z rosyjskiego okrążenia. Maurycy odniósł w tym starciu rany (stracił palec u ręki i został postrzelony w nogę – według wersji jego brata miało to miejsce w czasie nieco wcześniejszej bitwy pod Małogoszczem), po wyleczeniu których wrócił do walki, tym razem w szeregach oddziału gen. Antoniego Jeziorańskiego. Pod jego dowództwem walczył w bitwie pod Kobylanką, uznawanej za jedną z największych stoczonych w czasie Powstania Styczniowego. W dwóch starciach, które odbyły się w kilkudniowych odstępach czasu, udało się powstańcom zadać duże straty nieprzyjacielowi i zmusić Rosjan do odwrotu.
Tragiczny los spotkał Leona Kahane, kolejnego z braci-powstańców. Był on podchorążym austriackim, stacjonującym w Rzeszowie, prawdopodobnie w składzie 40. pułku piechoty. Na wieść o wybuchu Powstania Styczniowego zdezerterował i przedostał się do zaboru rosyjskiego. W stopniu porucznika został adiutantem słynnego pułkownika Karola Kality de Brenzenheim „Rębajły” – uważanego za jednego z najlepszych dowódców Powstania Styczniowego, wsławionego szeregiem zwycięskich potyczek z Rosjanami. W starciu pod Radkowicami (lub Iłżą – jak pisał Filip), na początku 1864 roku, ochraniając swego dowódcę, Leon został ciężko ranny. Zmarł po miesiącu w szpitalu w Bodzentynie.
Sanbra – bez ramienia
Filip Kahane, po walkach o Miechów, gdzie „Żuawi śmierci” ponieśli dotkliwe straty, walczył nadal pod dowództwem francuskiego oficera. 18 marca 1863 roku trzytysięczne zgrupowanie gen. Mariana Langiewicza (w którego składzie walczyli ludzie Rochenbrune’a) zostało osaczone przez przeważające siły rosyjskie. Głównodowodzący wojskami polskimi zmuszony był wydać bitwę nieprzyjacielowi w skrajnie niekorzystnych warunkach, gdy powstańcy znajdowali się na grzęsawisku. Całodzienny bój okazał się sukcesem Polaków; zasłużyli się także „Żuawi”, dokonując brawurowego ataku na rosyjskie armaty. Filip Kahane został poważnie ranny, o czym tak pisał w swoich wspomnieniach:
– Gdy moskiewskie armaty coraz większe spustoszenie zaczęły robić w naszych szeregach, wtenczas Rochenbrune wezwał nas na ochotnika, by pójść na armaty. Wystąpiło nas kilkunastu żuawów, między nimi Zwierkowski i ja, i popędziliśmy naprzód, oddalając się od całego oddziału. Naraz Zwierkowski, chcąc mnie powstrzymać i zwrócić w inną stronę, szarpnął silnie za ramię – żem się obrócił na miejscu; w tejże chwili kula kartaczowa zgruchotała mi prawą rękę. Strzelba upadła naprzód, a ja doznałem uczucia, że i moja ręka gdzieś naprzód poleciała; wpatrzyłem się więc przed siebie, aby zobaczyć, gdzie się ona podziała. Słabo mi się zrobiło; usiadłem na zrębie, aby zebrać myśli i przecie dowiedzieć się, co się z moją ręką stało, bo jej przy sobie dostrzec nie mogłem. Ona tymczasem zwisała bezwładnie za mną i dlatego jej na zwykłym miejscu znaleźć nie mogłem. (…) Uczułem wtenczas ból srogi, a przyciągnąwszy rękę naprzód, zobaczyłem strugę krwi. Wstałem i poszedłem między walczących; tam już czynnego udziału brać nie mogłem, ale chciałem polec i w tym celu wysuwałem się ciągle przed szeregi walczących, a zwracając się do Moskali, dawałem im znaki lewą ręką, aby we mnie celowali. Co mi po życiu, kiedy już bić się nie byłem zdolny!
Szukający śmierci, okaleczony Kahane niemal siłą został wyprowadzony z pola bitwy i na rozkaz Rochenbrune’a przetransportowany do Tarnowa, gdzie znajdował się powstańczy szpital. Poszarpana ręka była już zaatakowana gangreną – trzeba było ją, mimo początkowego oporu rannego, amputować. Kahane przeszedł dwie poważne operacje; w pewnym momencie wydawało się, że jego stan jest beznadziejny. Dzięki troskliwej opiece udało mu się jednak przeżyć. W Tarnowie odwiedzili go zaalarmowani rodzice, zaniepokojeni losem synów – dotarła już do nich informacja o śmierci Leona oraz ranieniu w boju Maurycego, który leżał w szpitalu w Krakowie.
Kuracja w Tarnowie trwała trzy miesiące, kolejny miesiąc Filip spędził u rodziców w Sanoku. Po dojściu do siebie – w tajemnicy przed nimi – postanowił wrócić do szeregów powstańczych. Dowiedział się o formowaniu kolejnego oddziału, który miał ruszyć na Wołyń. W powstańczym obozie, ku swemu zaskoczeniu, spotkał Rochenbrune’a, który przywitał go słowami: „Voilà le brave entre des braves!”. Do jednorękiego Kahane przylgnął przydomek „Sanbra” – spolszczone, francuskie określenie „bez ramienia”. W randze porucznika walczył w listopadzie 1863 roku pod Poryckiem. Wycofujące się oddziały powstańcze zmuszone zostały do przekroczenia granicy, gdzie powstańcy trafili do austriackiej niewoli. Kahane, osadzony w prowizorycznym więzieniu, przy drugiej próbie zdołał uciec i przedostać się do Lwowa.
Po Powstaniu
Problemy z władzami austriackimi po upadku Powstania Styczniowego miał Maurycy Kahane. Schronił się w Rumunii, gdzie spędził siedem lat. Po tym czasie powrócił do Galicji. Osiadł w Tarnopolu, gdzie pracował w tamtejszej filii Banku Hipotecznego, angażował się w działalność patriotycznego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” oraz Towarzystwa Uczestników Powstania 1863. Zmarł w 1895 roku. Zostawił po sobie niewielką, ale interesującą spuściznę literacką – sztukę teatralną „Szpieg”, napisaną w Botuszanach w Mołdawii w 1865 roku, osadzoną w realiach Powstania Styczniowego. Wystawiono ją, uzupełnioną przez Bolesława Dzięciołowskiego, w tarnopolskim teatrze niedługo przed śmiercią autora.
Najmłodszy z braci – Zygmunt – po upadku zrywu zdołał powrócić, uniknąwszy represji, do Galicji. Studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim, przez trzy lata praktykował w zawodzie. W 1875 roku ukończył polską Wyższą Szkołę Rolniczą w Dublanach koło Lwowa, po czym przez kolejne trzy lata studiował zoologię w Lipsku pod okiem znanego zoologa Rudolfa Leuckarta. Po powrocie do Galicji wykładał w Dublanach, zajmował się teoriami hodowli i zoologii. Zorganizował tam muzeum zoologiczne, laboratorium oraz pracownię zootomiczną. W 1889 roku popełnił samobójstwo – zastrzelił się.
Filip Kahane, po ucieczce z więzienia w Sokalu, usiłował ponownie przedostać się do Królestwa Polskiego. Niestety, informacja o zbieraniu ochotników do nowego oddziału okazała się austriacką prowokacją, mającą na celu wyłapanie spiskowców. W lwowskim więzieniu spędził pół roku. Jego powstańczy dowódca Rochenbrune, po konflikcie z innymi oficerami Powstania Styczniowego, opuścił Polskę, by już nigdy do niej nie wrócić. Odznaczony francuską Legią Honorową za udział w Powstaniu, pozostał jednak gorącym orędownikiem sprawy polskiej. Zginął 19 listopada 1870 roku pod Montretout, w czasie wojny francusko-pruskiej, walcząc do końca w mundurze „Żuawów śmierci” z charakterystycznym białym krzyżem na piersi, wierny żuawskiej przysiędze: „Zwyciężaj albo giń!”.
Informacje o popowstaniowych losach Filipa Kahane są dość skąpe. Wiemy, że ukończył Wyższą Szkołę Rolniczą w Dublanach, ożenił się z córką powstańca z Litwy – Aliną Drozdowską. Z materiałów Muzeum-Zamku w Łańcucie wynika, że osiadł w łańcuckich dobrach Potockich w 1880 roku, pełniąc funkcję urzędnika ordynacji lub zarządcy. Aktywnie udzielał się społecznie, kierował m.in. miejscową strukturą Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Był autorem wspomnień publikowanych m.in. na łamach pisma „Rzeszowianin” oraz w pracy zbiorowej wydanej w 40. rocznicę zrywu. Zmarł 25 listopada 1915 roku, niemal u progu niepodległości Polski, o którą tak dzielnie walczył. Pochowany został na łańcuckim cmentarzu. Wiemy, że miał córkę Wandę, która wyszła za Franciszka Reicharda, dyrektora lasów ordynacji Potockich i zapalonego myśliwego.
W Łańcucie pozostał namacalny ślad po bohaterskim Filipie Kahane – austriackim Żydzie, gorącym polskim patriocie, „Żuawie śmierci”. Na dzisiejszej ulicy Paderewskiego, niemal naprzeciw obecnego szpitala, zbudował dom. Budynek przechodził różne koleje losu, by na początku lat 90. XX wieku trafić w ręce miejscowego przedsiębiorcy Andrzeja Reizera, który przywrócił posiadłości dawną świetność. Dziś w willi Filipa Kahane mieści się znany pensjonat i restauracja „Pałacyk”, chętnie odwiedzane zarówno przez mieszkańców miasta, jak i gości z całego świata. Ze ścian spogląda na nas Filip Kahane – jednoręki oficer Powstania Styczniowego…













Napisz komentarz
Komentarze