Józef od dziecięcych lat nie cieszył się dobrym zdrowiem. Wkrótce po chrzcie, wątpiący w skuteczną pomoc lekarzy rodzice zanieśli dziecko przed cudowny obraz Matki Bożej w boreckim Sanktuarium Maryjnym oo. Dominikanów. I tu, w cudowny sposób, Józef odzyskał zdrowie. Z jego duchowego dziennika, który prowadził przez niemal całe życie, dowiadujemy się też o leczonej przez lekarzy wadzie wymowy i dotkliwych bólach oczu.
Od siódmego roku życia Józef Kowalski odczuwał powołanie do życia duchownego. Niedługo po przyjęciu pierwszej Komunii Świętej w 1921 r., w kościele parafialnym w Lubeni, 29 stycznia 1922 r. został oficjalnie przyjęty do Bractwa Różańca Świętego Najświętszej Maryi Panny w klasztorze oo. Dominikanów w Borku Starym.
W zakonie
W jedenastym roku życia, po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Siedliskach, za radą kleryka Jana Domino i na wyraźne życzenie swoich rodziców, 30 sierpnia 1922 r. przybył wraz z ojcem do Zakonu Salezjańskiego im. ks. Jana Bosko w Oświęcimiu. Po pięcioletnim pobycie wstąpił w 1927 r. do nowicjatu salezjańskiego w Czerwińsku. Bogactwo i rozwój jego życia wewnętrznego odkrywamy, czytając jego duchowe notatki zawarte w notesikach pod znamiennymi tytułami: „Służcie Panu w radości”, „Piękne, wzniosłe i szlachetne myśli, którymi Bóg mnie obdarza” itp. Przyszły błogosławiony męczennik odznaczał się talentami muzycznymi i aktorskimi, pilnością oraz niezwykłą umiejętnością wykorzystania czasu. W tym czasie był bardzo aktywnym członkiem Towarzystwa Niepokalanej i Towarzystwa Misyjnego.
W latach 1928–1931 ukończył w Krakowie gimnazjum klasyczne oraz dwuletnie studium filozoficzne, po którym odbył trzyletnią praktykę pedagogiczną w nowicjacie w Czerwińsku oraz w Salezjańskiej Szkole Organistowskiej w Przemyślu. W 1934 r. złożył wieczystą profesję zakonną oraz rozpoczął w Krakowie czteroletnie studia teologiczne, które zakończył 29 maja 1938 r. przyjęciem z rąk biskupa Stanisława Rosponda święceń kapłańskich.
Po wybuchu II wojny światowej salezjanie stali się obiektem szykan ze strony okupacyjnych władz. 23 maja 1941 r. o godz. 20 gestapowcy pod przewodnictwem Siberta i Procknera aresztowali ks. Józefa Kowalskiego wraz z innymi jedenastoma salezjanami pracującymi w parafii i w seminarium przy ul. Tynieckiej 39 w Krakowie. Aresztowanych zamknięto najpierw w więzieniu na Montelupich w Krakowie, skąd po miesięcznym śledztwie i torturach wywieziono ich 26 czerwca do obozu w Oświęcimiu.
W Auschwitz
W Oświęcimiu ksiądz Kowalski otrzymał numer obozowy 17350. Jego współtowarzysze niedoli podkreślali potem jego uśmiechniętą dobroć i gotowość służenia poprzez słuchanie spowiedzi i rozdawanie Komunii Świętej. Ks. Kowalski nie załamał się. Nie utonął w oceanie cierpienia obozowego. Po strasznej masakrze, jaką hitlerowcy urządzili w karnej kompanii 27 czerwca 1941 r., kiedy to na jego oczach wymordowali wszystkich przywiezionych z nim poprzedniego dnia Żydów oraz czterech spośród dwunastu salezjanów, ks. Józef w swoim pierwszym liście z 29 czerwca 1941 r. napisał: „Bądźcie o mnie spokojni, jestem w rękach Boga”.
Jak podkreśla naoczny świadek ks. Konrad Szweda:
- „Ks. Kowalski zachował w obozie godność człowieka i kapłana i potrafił być sobą. Choć za to był bity, pomagał innym, choć przyjmował za to chłostę. Jako gorliwy kapłan mimo surowego zakazu rozgrzeszał konających, dodawał otuchy zrezygnowanym i pocieszał psychicznie załamanych oczekujących wyroku śmierci”.
Swoją dobrocią zadziwiał wszystkich. Szybko stał się dla współwięźniów powiernikiem ich trosk. Służył im potajemnie sakramentami świętymi – spowiadał, odprawiał w tajemnicy Msze Święte, krzewił nabożeństwo do Matki Najświętszej, opatrywał zmaltretowanych i pobitych. 8 grudnia 1941 r., wraz z innymi towarzyszami niedoli, w piwnicy bloku nr 5 odmówił „Akt oddania się więźniów oświęcimskich Matce Najświętszej Niepokalanemu Poczęciu”.
W grypsie napisanym do salezjanów oświęcimskich 10 listopada 1941 r. wraz z drugim uwięzionym współbratem napisał m.in.:
„Najmocniej prosimy jeszcze o jedną, największą przysługę, mianowicie o trochę wina mszalnego i kilkanaście komunikantów z wielką hostią. Czujemy bowiem ogromny głód eucharystyczny”.
W miejscu, w którym – jak mawiano – „nie ma Boga”, ks. Józef Kowalski chciał dać Boga. W ostatni dzień nabożeństwa majowego w 1942 r. rozeszła się w obozie wiadomość o transporcie księży z Oświęcimia do obozu w Dachau, gdzie – jak sądzono – była większa możliwość przetrwania. W grupie 60 księży przygotowanych do transportu znalazł się również ks. Kowalski. Niestety, do wyjazdu nie doszło. Znany kat Oświęcimia, esesman Gerard Palitzsch, wyłączył go z grupy księży wyjeżdżających do Dachau za to, że ks. Józef nie podeptał – na jego rozkaz – w łaźni swojego różańca. Wcielony został za nieposłuszeństwo do karnej kompanii. Już dwa dni później urzeczywistnił hasło swego zakonnego i kapłańskiego życia: „Cierpieć i być wzgardzonym”.
3 lipca 1942 r., który był ostatnim dniem pobytu ks. Józefa w karnej kompanii, kapowie prześcigali się w okrucieństwie wobec więźniów. Księdzu Kowalskiemu kazali wyjść na beczkę i przy akompaniamencie szyderstw udzielić konającemu rozgrzeszenia oraz wygłosić kazanie. Według naocznych świadków na rozkaz szydzących kapo klęknął na beczce i z godnością odmówił modlitwy: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo”, „Pod Twoją obronę” i „Witaj Królowo”.
Kapo Karol Langenhagen zepchnął go z beczki i skopał. Zbity kapłan z trudem powrócił wieczorem na swój blok. Po tych dramatycznych przeżyciach ostatnie godziny swego życia, w nocy z 3 na 4 lipca 1942 r., spędził w łagrze na pryczy obozowej. Zbity, zmaltretowany, ale nie załamany ks. Józef powrócił na swój blok, gdzie ostatnie chwile życia spędził na jednej pryczy z Zygmuntem Kolankowskim, który szczęśliwie przeżył obóz.
Nagle ponurą ciszę przerwało nerwowe, głośne otwarcie drzwi, w których ukazała się siejąca wśród więźniów postrach postać sztubowego Mitasa. Ks. Józef na jego wezwanie spokojnie zszedł z pryczy i, biorąc do ręki swoją ostatnią kromkę chleba otrzymaną wieczorem na dzień następny, wręczył ją koledze Zygmuntowi Kolankowskiemu, mówiąc:
„Zygmuś, weź ten chleb, bo mnie już nie będzie potrzebny”.
Po wyprowadzeniu ks. Józefa Kowalskiego oprawcy Gerhard Palitzsch oraz Józef Mitas najpierw swoją ofiarę zbili i skatowali, a następnie w okrutny sposób utopili w beczce z fekaliami.
Kult
Proboszcz parafii w Siedliskach, ks. Krzysztof Kochanowicz, jest kustoszem jego pamięci od 2015 r. W miejscu, gdzie znajdował się dom Kowalskich, w 1982 r. powstał kościół pw. św. Józefa. Budowę kościoła realizowano w latach 1975–1981 dzięki ogromnemu zaangażowaniu ks. Stanisława Króla, ówczesnego proboszcza w Lubeni. Kościół został w 1981 r. poświęcony przez biskupa Ignacego Tokarczuka.
W specjalnej kaplicy poświęconej błogosławionemu ks. Józefowi utworzono wystawę przedmiotów z czasów życia ks. Kowalskiego oraz pamiątek z jego rodzinnego domu. Życiowy program Józefa Kowalskiego „Cierpieć i być wzgardzonym” zaowocował świadectwem bohaterskiego męczeństwa i ogłoszeniem go błogosławionym 13 czerwca 1999 r. przez papieża Jana Pawła II.
W 2004 r. w Rzymie Ojciec Święty podczas audiencji, patrząc na wręczany mu obraz przedstawiający męczeńskiego kapłana, powiedział do jego siostrzenicy Zofii Kołwy z Rzeszowa: „Ja go znałem. To był wspaniały człowiek”.
Karol Wojtyła znał osobiście ks. Józefa Kowalskiego z czasów, kiedy w czasie okupacji mieszkał na terenie salezjańskiej parafii św. Stanisława Kostki na Dębnikach w Krakowie.
Fot. parafia w Siedliskach.










Napisz komentarz
Komentarze