3.5.1945. Masakra w Zatoce Lubeckiej

  • 03.05.2020, 07:14
3.5.1945. Masakra w Zatoce Lubeckiej Zdjęcie lotnicze przedstawiajace płonący_statek Cap Arcona. Fot. arch.

3 maja 1945 roku samoloty alianckie zbombardowały niemieckie statki znajdujące się w Zatoce Lubeckiej. Sprzymierzeni obawiali się, że posłużą one do ewakuacji wojsk hitlerowskich. Tymczasem na okrętach znajdowali się więźniowie obozów  koncentracyjnych. Niemal w ostatnich godzinach II wojny światowej zginęły tysiące z nich. Wśród ofiar byli również mieszkańcy dzisiejszego Podkarpacia.

W obliczu zbliżającej się klęski, pod naporem Anglosasów i Rosjan, Niemcy ewakuowali w kolejnych marszach śmierci tysiące więźniów wyprowadzanych z nieopanowanych jeszcze przez aliantów obozów koncentracyjnych na przełomie kwietnia i maja nad Zatoką Lubecką znalazło się kilkanaście tysięcy osób różnej narodowości, głównie więźniów obozu w Neunengamme. Wielu z nich to „weterani” Auschwitz, którzy przeżyli tragiczną, styczniową ewakuację, także ci z pierwszego transportu z czerwca 1940 roku.

Alianckie ostrzeżenie

Tak naprawdę trudno teraz ustalić, co Niemcy planowali zrobić z więźniami – naocznymi świadkami ich zbrodni. Jedna z hipotez zakłada, że byli oni kartą przetargową w planowanych przez Heinricha Himmlera negocjacjach z aliantami na temat zawarcia separatystycznego pokoju. 

Nagromadzenie ogromnej ilości ludzi w Zatoce Lubeckiej, w tym wojska i cywilów, nie mogło ujść uwagi aliantów. Obawiano się, że tą drogą mogą uciekać zdolne do walki siły oraz hitlerowcy dygnitarze. W niemieckich rękach była jeszcze Dania, silne zgrupowania niemieckie tkwiły w Norwegii.

2 maja alianci nadali otwartym tekstem skierowany do wroga komunikat: "Wzywamy wszystkie jednostki morskie pływające pod banderą III Rzeszy do natychmiastowego zawinięcia do portu. Wszystkie statki niemieckie spotkane na morzu po godz. 14.00 dnia 3 maja zostaną zbombardowane".  Jeszcze rano tego samego dnia na Lubekę ruszyły alianckie siły pancerne. Od portu dzieliło je zaledwie kilkadziesiąt kilometrów.

Atak

Popołudniu 3 maja nad zatoką pojawiły się samoloty RAF. W momencie, gdy szykowały się do ataku, dowództwo alianckie miało zostać poinformowane, że na statkach „Cap Arcona” i „Thielbecj” znajdują się tysiące więźniów. Na odwrót było jednak za późno. W "Deutschland" trafiły 32 rakiety, głównie w nadbudówki. Dwie godziny później celem kolejnego ataku stały się Cap Arcona" i "Thielbeck".

„Thielbeck” na którym znajdowało się 2,3 tysiąca więźniów dostał rakietą poniżej linii wodnej, szybko zaczął nabierać wody. Setki więźniów ginęły uwięzione w kajutach, inni w zimnej wodzie. Z tego statku ocalało zaledwie 50 więźniów. Co najmniej dwie rakiety trafiły w "Cap Arconę", powodując wyrwę w kadłubie. Kolejny nalot miał miejsce przed godziną 16.00. Z samolotów strzelano jeszcze do znajdujących się w wodzie ludzi. Piloci nie mieli prawdopodobnie pojęcia kogo zaatakowali. Około 16.15 na dnie osiadł „Cap Arcona” grzebiąc wraz z sobą pod wodą 5 tysięcy więźniów.

Rzeź na brzegu

Więźniowie, którym udało się wydostać z kajut starali się wpław lub trzymając najprzeróżniejszych przedmiotów dotrzeć na brzegu. Niewielu z tych, którym się to udało, przeżyli. Na brzegu czekali bowiem rozwścieczeni członkowie SS i kadeci ze szkoły okrętów podwodnych. Z premedytacją strzelali do wychodzących z wody, innych zbierali w grupy i rozstrzeliwali pod pobliskimi budynkami. W obławie uczestniczyli cywilni mieszkańcy Neustadt.

Gdy tonęły statki, zaś na brzegu trwała rzeź ocalonych, do miasta wkraczały pierwsze jednostki alianckie, wśród nich elitarna 30 Jednostka Szturmowa komandora Iana Fleminga, który później zasłynie jako autor serii opowieści o przygodach Jamesa Bonda. Rozpoczęła się kolejna rzeź, tym razem niedawnych oprawców.  Żołnierze nie mieli litości dla zaskoczonych jeszcze w czasie mordowania więźniów Niemców. Gdy z kolei  ocaleni zaczęli brać odwet na niemieckich wojskowych i cywilach, alianccy żołnierze nie oponowali. Wody Zatoki Lubeckiej były czerwone od krwi obu stron konfliktu. Około 18.30 do akcji ruszyły alianckie łodzie ratunkowe, wyciągając z wody kilkuset jeszcze żywych. Liczba ofiar tego tragicznego dnia wciąż pozostaje nieznana. Mówi się od pięciu do nawet 10 tysięcy ofiar.

Relacje ocalonych

Zachowały się przerażające relacje osób, które przeżyły piekło tego dnia. Zbigniew Foltyński „Foka”, powstaniec warszawski i więzień Neunengamme wspominał w wywiadzie dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego:

- Raptem usłyszeliśmy strzały, wybuchy, dym, swąd. Okazało się, że Anglicy nie wiedzieli, kto jest w środku i zaczęli bombardować ten okręt. Rzucali bomby wybuchowe i zapalające. W każdym razie okręt zaczął się palić. Tutaj przeżyłem wielką tragedię. Byłem trzy piętra niżej poniżej pokładu. Zaczęła się palić góra. Jakoś, walcząc, udało mi się wydostać na pokład już wtedy, kiedy ogień zaczął obejmować cały okręt. Okręt zaczął się już pochylać. (…)Skoczyłem do wody. Musiałem najpierw walczyć w tej wodzie. Walczyć dlatego, że raz człowiek miał szczęście, jak nie wskoczył na innych będących w wodzie; i dwa – nie dać się innym utopić, bo każdy się ratował i chwytał się czego mógł. Więc jeszcze walczyłem w wodzie z innymi, żeby odpłynąć od okrętu i swobodnie płynąć do brzegu.

Z kolei Marian Socha, inny z ocalonych z „Cap Arcona” tak relacjonował:

- Wielki statek nawet nie drgnął, gdy kilka śmiercionośnych bomb ugrzęzło w jego cielsku. Stał jak poprzednio. Warkot samolotów powoli oddalał się i wreszcie ucichł. Odezwały się natomiast salwy z maszynowych pistoletów. Zrazu pojedyncze, potem coraz gęstsze. To SS-mani ubrani już w pasy ratunkowe strzelali na prawo i lewo w
cisnący się na górne pokłady statku tłum.
Walka szła o prawo do szalup.

I jeszcze jedna przerażająca relacja:

- Okręt Cap Arcona płonie w dalszym ciągu. (…) Łodzie ratunkowe, których było 24 palą się, spadają z hukiem w morze. Wokół okrętu tysiące głów tonących, ginących prawie że natychmiast po wskoczeniu do wody zimnej jak lud. Z tysięcy kabin hermetycznie zamkniętych –wypadki samobójstw, oszalałe bluźnierstwa i gdzie indziej cicha ostatnia modlitwa. Z wybitych z trudem grubych szyb okiennych rzucają się ludzie-pochodnie. W tym czasie wojska kanadyjskie zajmują miasto Neustadt i wysyłają na ratunek dwie łodzie ratunkowe z obsługą Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Łodzie te ratują przede wszystkim Niemców i przy tym mała ilość więźniów. Cap Arcona liczyła wraz z załogą 7480 osób, z czego uratowało się około 500 osób.

Ofiary

Tragizm tego co się stało w Zatoce Lubeckiej podkreśla jeszcze fakt, iż część osób, które tam zginęła, trafiła do Auschwitz z pierwszym transportem w czerwcu 1940 skierowanym tam z więzienia w Tarnowie.  Na statku „Cap Arcona” zginął m.in. Antoni Grossman, urodzony w Kolbuszowej w 1921 roku uczeń rzeszowskiego Gimnazjum. Przed wojną był świetnie zapowiadającym się piłkarzem Resovii.  Na statku „Thielbeck” zginął Mieczysław Popkiewicz ur. 1922 w Cieszanowie), uczeń I Gimnazjum- nr obozowy 36 - ur. w 1922 r. w Cieszanowie w pow. Lubaczowskim.

Wśród zabitych od bomb lub esesmańskich kul był także Władysław Cieślikowski (nr. 683) ze Skopania. Zginęli również m.in. : Ludwik Grąż (nr. 82) z Charzewic koło Stalowej Woli i Antoni Gąska (nr. 461)  z Przemyśla. Na listach zidentyfikowanych ofiar znajdujemy nazwiska także mieszkańców Sanoka, niestety bez identyfikacji z jakiego obozu byli: Bolesław Betkowski (stolarz), Tadeusz Latuszek i Stanisław Żołnierczyk (z zawodu strażnik więzienny).

W masakrze w Zatoce Lubeckiej zginęły dwa wywodzące się z Rzeszowa i okolic rodzeństwa: bracia Drzałowie i bracia Barańscy. Cała czwórka wpadła w ręce Gestapo na początku maja 1940 w czasie obławy na rzeszowskich harcerzy. Razem, pierwszym „tarnowskim” transportem z 14 czerwca 1940 trafili do Auschwitz.  Emil (nr. obozowy 377) i Stanisław (nr. 132) Barańscy pochodzili z podrzeszowskiego Dynowa. Obydwaj byli bardzo mocno zaangażowani w samopomoc więźniarską, dzięki swej pracy mieli duże możliwości pomagania współtowarzyszom niedoli. Zwłaszcza Stanisław Barański aktywnie uczestniczył w działalności konspiracyjnego Związku Organizacji Wojskowej, był jednym z najbardziej zaufanych współpracowników twórcy obozowego podziemia Witolda Pileckiego, prawdopodobnie był nawet jego drugim zastępcą.

Równie tragiczne były losy urodzonych w Rzeszowie braci Drzałów. Edward (ur. 27.07. 1917 roku), absolwent II Gimnazjum w Rzeszowie, zginął na statku „Thielbeck”. Podobny los spotkał jego trzy lata młodszego brata Zdzisława. Obydwaj trafili w czerwcu 1940 roku jednym transportem do Auschwitz, razem byli w Neuengamme, razem zginęli w ostatnich godzinach niewoli.

Szymon Jakubowski

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe