6.05.1921. Urodził się Jan Bytnar. Dzieciństwo "Rudego" wspomina matka - Zdzisława.

  • 06.05.2020, 08:43 (aktualizacja 06.05.2020, 09:56)
6.05.1921. Urodził się Jan Bytnar. Dzieciństwo "Rudego" wspomina matka - Zdzisława. Jan Bytnar z matką Zdzisławą

    Postaci Jana Bytnara "Rudego" przybliżać miłośników historii nie trzeba. O bohaterze "Szarych Szeregów" i jego rodzinie pisaliśmy m.in. w dostępnym na naszej stronie tekście "Rodzina Bytnarów. Trudny egzamin z patriotyzmu". Poniżej przedstawiamy fragment wspomnień matki - Zdzisławy Bytnar - dotyczący pierwszego okresu życia Janka. Odręczne wspomnienia "Matula polskich harcerzy" spisała przebywając w latach 90. w Mielcu, na prośbę regionalisty i popularyzatora historii harcerstwa Janusza Krężela. Całość publikowaliśmy w nr. 5-6/2016 "Podkarpackiej Historii", rękopis jest zaś dostępny w formie elektronicznej w Podkarpackiej Bibliotece Cyfrowej. Pisownia oryginalna.

 

   6 maja 1921r. w samo południe, kiedy sygnaturka kościelna oddzwoniła na Anioł Pański urodziłam syna w domu moich rodziców przy ul. Nowe Miasto 10 w Kolbuszowej.

    Przyszedł na świat cichutki, słabiutki tak, że położna musiała go klapsem do życia pobudzić, by krzykiem zaanonsował swe przyjście na świat. Nie umiał  zrazu chwycić matczynej piersi (bo może sutek nie był dość wykształcony) więc pierwszy pokarm dostał od mojej siostry Rysi, która również karmiła swego paromiesięcznego synka. Potem już nie było z tym kłopotu, jednak niewielkie miał zapotrzebowanie i już od zarania miałam wielkie zmartwienie czy przy tej małej dozie pokarmu będzie przybierał na wadze. Powoli przybywały te gramy i rodziła się nadzieja, że z czasem pierzchną moje obawy. Miał już dwa dni kiedy przyjechał ojciec z Niekłania, uroczysty to był dzień, bo syn przyszedł jako wspaniały prezent imieninowy.

    Ojcu było na imię Stanisław i obchodził swe imieniny 8.V. wiec radości było wiele. Nie uzgadnialiśmy przedtem, jakie damy mu imię i po wielu wysłuchanych propozycjach, ojciec przeciął dyskusję mówiąc : będzie Jaś, wszak w tylu piosenkach opiewany jest Jaś, z resztą przyniósł sobie imię kalendarzowe bo 6.V. jest Jana. Zgodziłam się bez protestu, nie zastanawiając się nad tym, na co zwróciła mi siostra uwagę, że wybrał sobie za patrona Jana w Oleju – męczennika, którego poganie wrzucili do kotła z wrzącym olejem. Na drugie imię dostał „Roman” (Rodzicami chrzestnymi byli: Siostra Maria Niezgoda i kolega Wacław Boroński) by upamiętnić mego brata poległego w Legionach w roku 1914.

     Po trzech tygodniach opieki mej matki i siostry, które mnie uświadomiły, że dziecko musi być bardzo troskliwie pielęgnowane, bo jest raczej słabszej natury – przygotowałam się do drogi. Na ten dzień przyjechał mąż i jego matka, by się zaopiekować nami w podroży. Komunikacja była wtedy bardzo uciążliwa, najpierw dojeżdżało się tzw. „pocztą” to jest furmanką, która codziennie kursowała do Sędziszowa po pocztę dla powiatowego miasta Kolbuszowej, a z Sędziszowa dopiero koleją do Dębicy, tu była przesiadka na kolej do Tarnobrzega. I zapadł wieczór, noc. Bufetowa na stacji ułatwiła mi wieczorną kąpiel, bo był czas upalny i ofiarowała mi na /odpoczynek/ nocleg swa dyżurkę. Ojciec z matką drzemali na stacji w poczekalni, gdyż pociąg do Skarżyska odchodził dopiero rano. Tu znowu zapóźniliśmy pociąg odchodzący do Warszawy, że musieliśmy znowu szukać noclegu u przygodnego kolejarza w Skarżysku. Dopiero więc na trzeci dzień dobrnęliśmy do stacji Niekłań i tu czekała na nas bryczka uproszona w majątku hr. Platera, bo ze stacji było 3 km do budynku szkolnego w Niekłaniu / Na marginesie muszę dodać, że dzięki wpływom hr. Platera stacji nadano nazwę jego majątku, mimo że bliżej był Stąporków – co nastąpiło dopiero w Polsce Ludowej/.

     Rozpoczęły się wakacje, mogliśmy razem we trójkę czuwać nad dzieckiem, bo matka zajęła się gospodarstwem. Wnet ujawniły się dolegliwości gastryczne, brak apetytu i niepokoje nocne. Opiekę lekarską w okolicy stanowiło dwóch felczerów, jeden na etacie Zakładów Ostrowieckich, które tu eksploatowały kopalnie rudy żelaznej i prowadziły administrację i drugi zdemobilizowany z wojska rosyjskiego i wrócił do Furmanowa, sąsiedniej wsi i tu prowadził nielegalną praktykę, bo zyskał sobie wielkie zaufanie wśród ludności okolicznych wiosek. Ani jeden ani drugi nie był pediatrą, chociaż dostarczali jakieś miksturki – lecz nie były one skuteczne. Trzeba było dużej wyprawy, by dostać się koleją do powiatowego lekarza w Końskich, gdy zachorował poważniej. Miał bowiem skłonności do chorób o ostrych objawach i gwałtownym przebiegu, wysoka gorączka przyprawiała nas częstokroć o obawę, czy wątły organizm przezwycięży atak groźnej choroby. Był dzieckiem bardzo wrażliwym i jak gąbka wchłaniał różne zarazki.

    Mieszkaliśmy w budynku szkolnym i przez ściany sąsiadowaliśmy z izbami szkolnymi – jako nauczyciele wnosiliśmy do mieszkania różne miazmaty chorobowe, a Jaś ciągle zapadał i walczył z każdym wirusem o życie. Trudne miał więc niemowlęctwo, a my wielkie zmartwienie i utrudzenie. Każda łyżka lekarstwa a potem posiłku budziła w nim odruch niechęci, która trzeba było przełamywać w różny coraz sposób, to nową zabawką, to znów odwracaniem uwagi jakimś pokazem, by można było mu wsunąć do ust jakiś kęs, czy wlać łyżkę zupy – a później przekupstwem za bajkę i co wziął sobie za rekompensatę stałą i „zapłatę” za przełknięcie łyżki posiłku. Kilkakrotnie był w niebezpieczeństwie życia, nawet po zaszczepieniu ospy gorączkował wysoko i prześladowały go też co pewien czas anginy i rozpacz nas brała bo nie mogliśmy zaraz wezwać lekarza. Tak męczyliśmy się razem z nim, mieszkając na wsi.

     Zaczynał szósty rok gdy przeprowadziliśmy się już do Piastowa pod Warszawą, kiedy zdecydowaliśmy się zaprowadzić go do słynnego pediatry dr Janusza Korczaka. Po zbadaniu gruntownym znalazł źródło choroby a mianowicie ropne gruczoły w gardle, które kazał natychmiast usunąć i polecił chirurga dr Mroczka. W porównaniu z młodszą siostrą był rzeczywiście kruchy, wątły, delikatny, podczas gdy Dusia była okazem zdrowia. Całą czułość i troskliwość rodziców skupiał wokół swej osoby przez okres niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa. Troska nasza tym więcej była wyczulona bo obok wielkiego zmartwienia o jego stan fizyczny, mieliśmy na przemian i niemało radości, bo jego rozwój umysłowy rokował wielkie nadzieje. Był żywy, ruchliwy i chociaż chudziutki już w szóstym miesiącu paplał wyraźnie mama, baba i rozwój mowy następował ponad podziw sukcesywnie. Równocześnie objawiał duże zaciekawienie otoczeniem. Wykazywał zainteresowanie życiem w domu. Mimo swojej chudej konstrukcji lekko podciągał się i chwytał szczebelki wiklinowego łóżeczka, a mając zaledwie 8-9 miesięcy z wielkim jeszcze wysiłkiem chwytając się poręczy stanął na chwiejących się nóżkach. On cieszył się z wysiłku a nas wprawiał niemal w euforię. Po roku dreptał żwawo naokoło łóżeczka i stawiał pierwsze kroki po podłodze prowadzony za rączkę. Wreszcie bez trudu spacerował po pokoju, trzymając się sprzętów. Przy zasypianiu obejmował pluszowego misia i z nim usypiał prędko, zwłaszcza gdy ojciec zagrał na skrzypcach jakąś kołysankę lub śpiewał mu cicho nucąc. Zabawki trzeba mu było co pewien czas zmieniać, gdyż przestawał się nimi interesować lub zgłębiwszy ich mechanizm po prostu psuł. Najdłużej służył mu drewniany wózek z konikami zwany krakowskim, malowany, którym rozwoził po mieszkaniu co tylko można był odo niego włożyć i jechał to do babci to do dziadka, określając zawsze kierunek.

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

mundus
mundus 06.05.2020, 09:17
Wieczna,,Chwała Bohaterom"

Pozostałe