Komunista, który po wojnie został skazany za... prawdę o Katyniu

  • 14.04.2020, 10:09
Komunista, który po wojnie został skazany za... prawdę o Katyniu Nagłówek z gadzinowego "Gońca Krakowskiego" o odkryciu masowych grobów w Katyniu.

Kwiecień 1943. Niemcy ujawniają odkrycie w w lesie katyńskim mogił polskich oficerów zamordowanych w 1940 roku przez NKWD. Dla hitlerowskiej propagandy to nie lada gratka. Jedni zbrodniarze oskarżają więc innych zbrodniarzy. Na miejsce zostają wysłane delegacje dziennikarzy z krajów okupowanych, sprzymierzonych lub neutralnych, jeńcy wojenni, wreszcie zwykli robotnicy. Mają opowiadać później o bolszewickich zbrodniach. Wśród jednej z delegacji jest robotnik Huty Stalowa Wola Mikołaj Marczyk. Co ciekawsze, Niemcy chyba o tym nie wiedzieli, Marczyk był... zdeklarowanym przedwojennym komunistą, zaś w czasie wojny miał pomagać w ukrywaniu sowieckich jeńców.

 Mikołaj Marczyk, syn Bazylego, urodził się w roku 1905. Początkowo mieszkał w Witebsku w Rosji, później w Niżnym Nowgorodzie. W 1921 r. powrócił z rodziną do Polski. Udzielał się w nielegalnych organizacjach, był członkiem Związku Młodzieży Komunistycznej, a później Komunistycznej Partii Polski. Podczas wojny pracował w podległych Niemcom zakładach zbrojeniowych w Stalowej Woli.

Wyjazd do Katynia

  W jeden z majowych dni 1943 roku, 38 letni frezer pracujący w zakładach w Stalowej Woli, został wezwany około godziny 23 do telefonu na portierni. Dyrektor Scholtz w rozmowie telefonicznej zapytał Polaka czy mówi po rosyjsku. Gdy usłyszał odpowiedź twierdzącą, nakazał frezerowi natychmiast przyjechać do siebie. Marczyk udał się do domu dyrektora w eskorcie dwóch strażników.

 W swoim domu dyrektor rozmawiał z Marczykiem w obecności dwóch niemieckich wojskowych. Łamanym rosyjskim wygłosił tyradę o tym, że komunizm jest idealny w teorii, ale jak wygląda w rzeczywistości Polak będzie mógł się przekonać w Katyniu, dokąd jutro poleci samolotem.

 Próby uniknięcia wyjazdu nie powiodły się. Usłyszał, że sprzeciw jest bezcelowy, a jego ewentualna ucieczka może być tragiczna w skutkach, gdyż na miejscu pozostaje żona oraz dwoje dzieci, którzy odpowiedzą za tego rodzaju nieposłuszeństwo. Dyrektor żegnając frezera polecił przekazać zmianę komu innemu (Marczyk był brygadzistą) i udać się do domu.   Marczyk wrócił do hali produkcyjnej, gdzie czekali koledzy, którzy spodziewali się jego aresztowania. Kiedy powiedział, że ma lecieć do Katynia doradzali, by natychmiast uciekł i ukrył się. Z rady, z wiadomych względów, nie skorzystał.

 Wracając do domu nad ranem przekazał żonie informację o wyjeździe służbowym. Według relacji córki Marczyka, nie taił, jaki jest faktyczny powód. Kiedy ponownie pojawił się w fabryce otrzymał stosowne dokumenty i pieniądze na podróż. Pierwszym jej etapem był dojazd do Radomia, gdzie czekał na niego inny robotnik, Stanisław Kłosowicz, 37-letni brakarz w tamtejszej fabryce broni. Obaj udali się pociągiem do Warszawy.

W drodze zastanawiali się, dlaczego Niemcy wybrali właśnie ich. Marczyk sądził, że z powodu popularności, jaką cieszył się wśród współpracowników. Kłosowicz uważał, że wytypowano go, gdyż był znanym w Radomiu kolarzem, olimpijczykiem z igrzysk w Amsterdamie w 1928 roku.

W Warszawie czekali na nich inni członkowie grupy delegowanej do Katynia. Byli to m. in. dziennikarze - dwaj portugalscy i jeden szwedzki, pisarz Józef Mackiewicz, dziennikarz z „Gońca Krakowskiego” Kazimierz Kawecki i „delegacja polskiego świata pracy” - robotnicy: Włodzimierz Ambroży, Jan Symona, Leon Kowalewicz i Edmund Killer.

 Wydawany za zgodą okupanta, “gadzinowy” „Nowy Kurier Warszawski” tak opisywał wizytę grupy:

- Złożyli na jednej ze świeżo wzniesionych mogił polskich oficerów skromny wieniec z gałęzi jedliny, przybrany polnym kwieciem, który ponadto zdobiła szarfa z napisem „Pomordowanym przez bolszewików oficerom Armii Polskiej - Rodacy”. Akt ten poprzedziło krótkie, podniosłe przemówienie p. Mikołaja Marczyka ze Stalowej Woli i złożenie hołdu cieniom bohaterów-męczenników wyrażone trzyminutowym milczeniem.(...) W ten uroczysty sposób przedstawiciele polskiego świata pracy oddali cześć cieniom poległych męczeńską śmiercią Polaków.

Grupa, w której był Marczyk przebywała w Katyniu i Smoleńsku dwa dni. Oglądali ekshumacje, rozmawiali z członkami ekipy Polskiego Czerwonego Krzyża i rosyjskimi chłopami - mieszkańcami okolicznych miejscowości, w laboratorium widzieli odczytywanie dokumentów znalezionych przy zwłokach. Przed wyjazdem dano im paczki, w których były pamiątkowe rzeczy po zamordowanych: banknoty polskie, naramienniki, guziki od mundurów, medaliki z wizerunkiem Matki Boskiej, cygarniczki i tabakierki z drewna.

Przywiezione przez Marczyka rzeczy zostały wystawione w oszklonej gablocie przy wejściu do budynku dyrekcji zakładów w Stalowej Woli. Obok wisiała ulotka z relacją, którą napisali Niemcy, podpisując nazwiskiem Marczyka.

  Niemcy organizowali spotkania z robotnikami, w trakcie których wygłaszał na poszczególnych wydziałach, coś w rodzaju referatu o swojej podróży do Katynia. W czasie wystąpień, do których był zmuszany przez Niemców, Marczyk głównie opisywał to, co widział. Nie wskazywał jednoznacznie winnych. Z tego powodu Niemcy byli źli na niego. Rodzinie Marczyka zabrali kartki żywnościowe, przez co znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Marczyk, jako że był słabego zdrowia, wkrótce zachorował.

Według powojennych relacji kolegów z pracy nie można do końca określić, co właściwie Marczyk uważał za prawdę. Przesłuchiwani przez oficerów UB pracownicy zakładów i koledzy Marczyka mówili różnie o jego opiniach na temat Katynia. Rodzina Marczyka pamięta natomiast, że w prywatnych rozmowach ze znajomymi nigdy nie ukrywał, że mordu w Katyniu dokonali Sowieci. Na masówkach organizowanych przez Niemców wyraźnie tego jednak nie mówił uznając, że naród oczekiwał wyzwolenia spod okupacji niemieckiej a spodziewano się, że może ono nadejść właśnie ze strony ZSRR.

Strach przed prawdą

 Im bliżej była Armia Czerwona, tym bardziej Marczyk robił się milczący i zamyślony. Kolega z pracy, szlifierz Jerzy Woźniczko, zapytał go pewnego dnia, co ma zamiar zrobić, kiedy wkroczy Armia Czerwona. Marczuk miał powiedzieć, że odda się pod sąd ludowy. Inny znajomy - Zygmunt Markiewicz - sugerował, aby uciekł do partyzantki. Ten tłumaczył się chorym żołądkiem, uważał też, że gdyby uciekł do lasu Niemcy mogą rozstrzelać jego żonę i dzieci.

W 1944 roku Mikołaj Marczyk opuścił Stalową Wolę. Ponoć z powodu bardzo poważnej choroby. Ze Stalowej Woli wyjechał do Warszawy, gdzie mieszkała większość jego rodziny. Do miasta wrócił po wkroczeniu do miasta wojsk sowieckich. Jego szwagier twierdził, że wkrótce po powrocie do miasta Marczyk przez dwa lub trzy tygodnie pełnił funkcję sekretarza Komitetu Miejskiego Polskiej Partii Robotniczej. Został jednak zawieszony w czynnościach przez Komitet Wojewódzki PPR, gdyż ktoś przypomniał sobie o wyprawie do Katynia.

Jerzy Woźniczko, który był wówczas burmistrzem Stalowej Woli, tak opisał perypetie Marczyka:

- Przyszedł do mnie mówiąc, że zgodnie z przyrzeczeniem idzie pod sąd ludowy. Uważając za swój obowiązek o przybyciu Marczyka powiadomiłem komendanta miasta – oficera armii sowieckiej, mówiąc, że w okresie okupacji jeździł z Niemcami do Katynia, po czym wygłaszał referaty, w których twierdził, że zbrodni na oficerach polskich dokonała „żydokomuna”. Po zameldowaniu wysłałem Marczyka do wojskowej komendy miasta, gdzie przesłuchiwany był przez cały dzień, po czym został zwolniony.

Widząc Marczyka wolnym zdziwiony Woźniczko pytał, jak załatwił sprawę. W odpowiedzi usłyszał, że Marczyk został zwolniony i pójdzie do służby w Wojsku Polskim.  Marczyk wstąpił do armii. W wojsku dosłużył się stopnia starszego sierżanta, był odznaczony medalem „Odra i Nysa” oraz „Wolność i Demokracja”. Po zdemobilizowaniu w 1946 r. nie wrócił już do Stalowej Woli. Jako wojskowy osadnik zamieszkał w Skarbkowie koło Lwówka Śląskiego i prowadził warsztat samochodowy .Nie zapomniano o nim jednak w Urzędzie Bezpieczeństwa. Został aresztowany 7 października 1949 r. podczas pracy w warsztacie (do depozytu w areszcie trafiły m.in.jego narzędzia pracy: klucz francuski, wiertła i punktak).

Proces

 Pierwszy protokół przesłuchania Marczyka pochodzi z 17 października 1949 r. Przesłuchiwał go w Warszawie kapitan Mieczysław Baumac, oficer śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Dalsze przesłuchania prowadzono w rzeszowskim UB, dokąd przewieziono Marczyka oraz w Stalowej Woli. Przesłuchania kolegów i znajomych Marczyka prowadzili oficerowie Mederewski, Podstawski, Budziak, Mielniczek. Jego samego przepytywał porucznik Ludwik Woźnica, kierujący całą sprawą.

  Po prawie dwuletnim śledztwie oficer UB Woźnica sporządził akt oskarżenia, w którym m.in. czytamy:

- Oskarżony Mikołaj Marczyk w perfidny sposób przedstawił zbrodnię katyńską, przekonując słuchających, że dokonała tego Armia Radziecka. W ten sposób oskarżony Mikołaj Marczyk usiłował powstrzymać - zahamować zapał polskiego ruchu oporu do zbrojnego działania i wyzwolenia się spod jarzma okupacji imperializmu niemieckiego oraz wzbudzić nienawiść do Związku Radzieckiego, ostoi pokoju światowego niosącego wyzwolenie uciskanym narodom.

Prokurator w ostrych słowach przedstawiał "przestępczą działalność" oskarżonego:

- Z chwilą, gdy hordy hitlerowskie zajęły niemal całą Europę, gdy dymiły piece krematoryjne, w których ginęli najlepsi synowie, oddani sprawie ludu, wówczas to armia hitlerowska napadła na Związek Radziecki, jako jedyny kraj socjalizmu, który usiłowali zamienić w cmentarzysko i poczęli budować tam obozy śmierci, podobnie jak w innych krajach okupowanych przez imperializm niemiecki. Między innymi utworzyli w Katyniu koło Smoleńska obóz żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego, gdzie wymordowali w barbarzyński sposób ponad 12000 patriotów polskich. Natomiast pozostała część tzw. sługusów reżimu hitlerowskiego idąc na rękę tymże zbrodniarzom upozorowała sobie, aby oszczerstwo za popełnione zbrodnie przez hitlerowców na żołnierzach i oficerach Wojska Polskiego w Katyniu zrzucić na Związek Radziecki.[...]. Mikołaj Marczyk w myśl wytycznych mocodawców - hitlerowców opracował referat i organizował zebrania, usiłował powstrzymać i zahamować zapał członków Polskiego Ruchu Oporu do zbrojnego działania i wyzwolenia się spod jarzma okupacji imperializmu niemieckiego oraz wzbudzić nienawiść do Związku Radzieckiego, ostoi pokoju światowego, niosącego wyzwolenie uciskanym narodom i wołającym pomsty tysiącom niewinnych ofiar reżimu hitlerowskiego, ginących w obozach śmierci...

 Proces rozpoczął się 14.02.1951 roku przed Sądem Wojewódzkim w Rzeszowie.  Ze względu "na okoliczności sprawy mogące naruszać poczucie dobrych obyczajów i budzić niepokój publiczny" sąd zdecydował prowadzić rozprawę przy drzwiach zamkniętych. jasne było, że w obliczu tak poważnych zarzutów i "dowodów" w mrocznym okresie apogeum stalinowskiego terroru wyrok skazujący jest nieuchronny. Pytanie brzmiało jak będzie surowy. Wówczas za mniejsze "przestępstwa" sądy ferowały wieloletnie wyroki, często nawet karę śmierci.

Po całodniowym procesie, podczas którego wysłuchano kilkunastu świadków, sąd uznał Marczyka winnym i wydał wyrok. Skazany został wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie z dnia 14.02.1951 r. na mocy art. 2 dekretu przy zastosowaniu art. 5 par. 1 i 2 i art. 7 lit. a i b przywołanego dekretu oraz art. 59 par. 1, 52 par. 3 i art. 58 K.K. na karę więzienia przez 2 /dwa/ lata, na utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych przez dwa lata i przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa - z zaliczeniem na poczet kary pozbawienia wolności okres tymczasowego aresztowania od dnia 7 października 1949 r. do dnia 14 lutego 1951 r. Uwolnić oskarżonego Mikołaja Marczyka na podstawie art. 459 par. 1 k.p.k i art. 4 przepisów o kosztach sądowych od ponoszenia kosztów postępowania karnego i od uiszczania opłaty sądowej.

Dalsze losy Marczyka są mało znane. Wiadomo, że po uwolnieniu, z rodziną wyjechał do Kraśnika Fabrycznego, gdzie pracował w tamtejszych zakładach. Ponoć dość mocno, ku niezadowoleniu wielu kolegów, obnosił się ze swoim przywiązaniem do nowego ustroju. Na ile było w tym prawdziwego przekonania, na ile sarkazmu, na ile chęci pozbycia się „opieki“ UB? Mimo wyjścia na wolność bezpieka miała na oku Marczyka. Gdy tylko awansował na wyższe stanowisko w pracy, natychmiast przełożeni dostali dyrektywę, by awans cofnąć. W rodzinie pracować mogła tylko jedna osoba: on albo żona. „Delegat polskich robotników“ na groby katyńskie nigdy nie dzielił się z nikim swoją historią. Milczał, i chciał, żeby o nim milczano.

Szymon Jakubowski

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

plusy ujemne
plusy ujemne 14.04.2020, 12:26
Przykład na to, że w niektórych sytuacjach jak byś się nie obrócił - *** zawsze z tyłu.

Pozostałe