Mojego ojca nie zdążyli zabić w Katyniu – por. Marian Dorożański

  • 01.10.2015, 12:18 (aktualizacja 09.07.2018, 12:41)
Mojego ojca nie zdążyli zabić w Katyniu – por. Marian Dorożański
  Kartka przysłana do rodziny porucznika Dorożańskiego we Lwowie jest unikatem wśród wszystkich pamiątek po pomordowanych na Wschodzie. Przedstawiciel władz radzieckich informuje w oficjalnym piśmie, że “Dorożanskij Marian Władysławowicz” zmarł w “mieście Kozielsk” 3 listopada 1939 roku. Zawiadomienie datowane jest na kwiecień 1940 roku, gdy w Katyniu rozpoczęto akurat akcję mordowania obozowych kolegów porucznika Dorożyńskiego. On ubiegł swych oprawców umierając najprawdopodobniej naturalną śmiercią.

   Ostatnie wspomnienie córki oficera Marii Hornatkowicz to końcówka sierpnia lub początek września 1939 roku. Ojciec przyjechał do domu pożegnać się z najbliższymi. Było to ich ostatnie spotkanie. W tragicznych dniach wrześniowych dzielił los swoich kolegów z batalionu taborowego w Radymnie. Jego jednostka pod naporem Niemców wycofywała się w kierunku tzw. Przedmościa Rumuńskiego. 17 września w okolicach Tarnopola zostali zaskoczeni przez wkraczające na wschodnie tereny Polski jednostki sowieckie.

Krzyż Walecznych za obronę Lwowa

  Z informacji i dokumentów pieczołowicie przechowywanych przez córkę porucznika wynika, że urodził się on 12 kwietnia 1892 roku we Lwowie. Tu chodził do szkoły podstawowej i liceum. Był aktywnym członkiem prężnie działających w Galicji organizacji młodzieżowych. Zachowały się jego legitymacje członkowskie Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego “Sokół” z datą wstąpienia 5 grudnia 1912 i Wojskowo-Cywilnego Stowarzyszenia Sportowego “Polonia” w Przemyślu. W zbiorach córki znajduje się m.in. zaświadczenie, że w okresie poprzedzającym wybuch I wojny światowej brał udział we wszystkich ćwiczeniach polowych z bronią w ręku organizowanych przez Stałe Drużyny Sokole.

   Zapewne uczestniczył w I wojnie światowej w szeregach armii austro-węgierskiej, informacje na ten temat są jednak szczątkowe. W swoim, po latach ręcznie pisanym życiorysie wspomina, że rozpoczął pracę w lwowskim sądzie apelacyjnym jako kancelista. W listopadzie 1918 roku, gdy doszło do walk polsko-ukraińskich o Lwów, zgłosił się ochotniczo – jak pisze na wezwania “skonsolidowanych stronnictw politycznych” – do tworzącego się wojska polskiego. Bierze udział w zaciętych walkach o miasto. Ma przydział do żandarmerii polowej. Działa m.in. przy sztabie generała Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, naczelnego dowódcy wojsk polskich w Galicji Wschodniej, na których barkach spoczywał największy ciężar walk z oddziałami ukraińskimi. W bitwie o Lwów zapewne wykazuje się dzielnością i odwagą, skoro zostaje odznaczony Krzyżem Walecznych.

  Po zakończeniu działań wojennych porucznik Dorożański postanowił nie rozstawać się z mundurem i pozostać w służbie czynnej. Wiemy, że pracował m.in. w prokuraturze wojskowej w Przemyślu.Służył również w 4 batalionie saperów. Jego ostatnim przydziałem stał się 10 batalion taborów w Radymnie, gdzie pełnił funkcję oficera intendentury (kwatermistrza). Z tą jednostką wyruszył we wrześniu 1939 roku na wojnę, z której nie dane było mu już powrócić.

Unikatowy dokument z obozu

    – Przez szereg miesięcy po zakończeniu kampanii wrześniowej nie mieliśmy żadnych informacji na temat taty. Nie przyszedł żaden list, żadna kartka. Żyliśmy złudzeniami, że moje jednak udało mu się ocalić, może przedostać za granicę – wspomina córka porucznika. Początkowo poszukiwania nie przynosiły efektu. Mieszkające wówczas w Przemyślu żona oficera i córki nie wiedziały jeszcze, że wiadomość z radzieckiego stowarzyszenia Czerwonego Krzyżai Czerwonego Półksiężyca dotarła w kwietniu 1940 roku na stary, lwowski adres Władysława Dorożańskiego (z mylnie podanym pierwszym imieniem Marian), gdzie mieszkały jego siostry. Czas nie sprzyjał jednak kontaktom przez linię demarkacyjną niemiecko-sowiecką. Tragicznej prawdy mama pani Marii dowiedziała się dopiero po wybuchu wojny między dwoma zaborcami. Po przejściu frontu, latem 1941 roku pojechała do zajętego przez Niemców Lwowa, gdzie pokazano jej dokument.

   W jaki sposób zmarł porucznik Dorożańński możemy tylko przypuszczać. W zapiskach na temat tamtych wydarzeń pojawiają się sprzeczne informacje, że zmarł albo w transporcie, albo z jakiś przyczyn (może z powodu choroby, może zamordowany lub zamęczony?) już w obozie jenieckim w .Sam fakt, że władze sowieckie fatygowały się, by poinformować o zgonie oficera jego rodzinę jest ewenementem. To prawdopodobnie jedyny taki znany przypadek,mimo, że naturalnych zgonów w obozach jenieckich było na pewno więcej.Charakterystyczne jest to, że zaświadczenie o zgonie zostało wysłano w kwietniu 1940 roku, gdy przystąpiono do “rozładowywania” kozielskiego obozu, zaś kolegów porucznika przewożono pociągami do stacji Gniezdowo, później autokarami zzamalowanymi szybami (tzw. czarnymi wronami) do miejsca kaźni w lesie katyńskim. Por. Dorożański uniknął losu towarzyszy broni, ale pozostał na“nieludzkiej ziemi”. Miejsce jego pochówku jest nieznane, nie zostały po nim żadne osobiste rzeczy, które mógł mieć przy sobie. Na radzieckim dokumencie nie ma żadnej informacji o przyczynach zgonu. Mogły się do tego przyczynić tragiczne warunki życia w obozie, opisywane przez nielicznych ocalałych z Kozielska: dramatyczny stan higieniczny, niedostateczne i jednostajne wyżywienie.

Śmierć mniej ważna?

  Porucznik Władysław Dorożański pośmiertnie, decyzją emigracyjnego rządu w Londynie otrzymał w 1985 roku „“Krzyż Kampanii Wrześniowej 1939”. Na legitymacji widnieje adnotacja “Katyń”. Władze na uchodźstwie uznały go za ofiarę stalinowskich mordów, mimo, że nie zginął w masowych egzekucjach. Niestety śmierci porucznika nie uhonorowały w odpowiedni sposób władze “odrodzonej” po 1989 roku Rzeczpospolitej. Kilka lat temu prezydent Lech Kaczyński awansował pośmiertnie na wyższe stopnie pomordowanych oficerów wojska i policjantów. Na liście odznaczonych zabrakło nazwiska porucznika Władysława Dorożańskiego. Urzędnicy wyraźnie uznali, że śmierć w obozie jenieckim jest mniej ważna od śmierci w wyniki egzekucji,,,

sj

_

Zdjęcia (1)

Podziel się:
Oceń:

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Ewa Barańska
Ewa Barańska 30.03.2019, 22:28
Zaginiona siostra mojej babci nazywała się Stsnisława Hradel. Czy mogła być żoną Władysława Dorożańskiego?

Pozostałe