Szatańskie wybryki Stanisława Stadnickiego - "Diabła łańcuckiego"

  • 03.08.2020, 14:45
Szatańskie wybryki Stanisława Stadnickiego - "Diabła łańcuckiego" Stanisław Stadnicki

Był jednym z najgłośniejszych awanturników i postrachem w swoich łańcuckich dobrach. Zwano do „Diabłem Łańcuckim” Obcinał nogi i ręce poddanym, palił ich żywcem, a lochy jego zamku pełne były prześladowanych poddanych.

Sam Stanisław Stadnicki o sobie mawiał: - Mnie diabłem zowią tylko skurwysynowie, a od takich ja zelżon być nie mogę, Czarna strzała wbita w drzwi dworu, któregokolwiek ze szlachciców, zapowiadała, że niebawem zjawi się w okolicy straszny warchoł Rzeczypospolitej... Wokół jego osoby, śmierci, jej miejsca i pochówku narosło wiele mitów.

Wojna o jarmark z Rzeszowem

Na świętego Wojciecha tj. 23 kwietnia do średniowiecznego Rzeszowa zjeżdżały wozy kupieckie z najodleglejszych stron; odbywano znane w całej okolicy jarmarki, na które zdążały karawany kupieckie m.in. ze wschodu Europy. W końcu XV stulecia, przywilejem króla Jana Olbrachta, sąsiedni Łańcut uzyskał przywilej na jarmark dwa dni później - 25 kwietnia w dzień w. Marka. Wzburzyło to rzeszowskich mieszczan, którzy obawiali się konkurencji handlowej ze strony Łańcuta i bardziej konkurencyjnych opłat targowych.

Stanisław "Diabeł" Łańcucki - ówczesny właściciel Łańcuta, wpadł w szał kiedy usłyszał, że sąsiedni Rzeszów, staraniem Mikołaja Spytka Ligęzy, uzyskał zniesienie łańcuckiego jarmarku na świętego Marka, tak by to Rzeszów mógł bez przeszkód handlować i to dwa dni wcześniej. Diabeł łańcucki (tak zaczęto „tytułować” go w paszkwilach rozpuszczanych przez szlachtę)  rozpoczął celowe zatrzymywanie w Łańcucie kupców zdążających do Rzeszowa ze wschodnich i południowych części Rzeczypospolitej m.in. z Wołoszczyzny i Mołdawii i zmuszał do wystawiania swoich towarów u siebie w mieście; tu przymusowo organizował im targ. Zachowały się przekazy z których dowiadujemy się o skargach kupców z Suczawy potwierdzających gwałtowne zachowania Diabła, które zresztą kontynuowali jego synowie, gdy ten poległ w wojnie ze starostą leżajskim Łukaszem Opalińskim.

    Skąd wiemy jak wyglądał Stadnicki? Jego fikcyjny portret znajdować się miał w Muzeum Lubomirskich we Lwowie – reprodukował je w „Prawem i lewem” Władysław Łoziński.

Starosta, który zasłonił króla własnym ciałem

Nasz „Diabeł” darzył niechęcią króla Zygmunta Wazę. Początkowo popierał stronnika Habsburgów do polskiego tronu – księcia Maksymiliana, później zaś opowiedział się za rokoszem Zebrzydowskiego, również skierowanym przeciwko królowi Zygmuntowi na polskim tronie, choć jak pisze Janusz Byliński, nie brał udziału w bitwie pod Guzowem. Ponadto król Zygmunt III Waza miał zachęcić marszałka Łukasza Opalińskiego aby ten rozpoczął wojnę z Diabłem.

Opalińscy byli żarliwymi katolikami. Wspomnijmy, że brat Łukasza – Andrzej, był szanowanym biskupem poznańskim, przeciwnikiem reformacji, wcześniej osobistym szambelanem papieża Klemensa VIII; był ceniony za sumienność w zarządzaniu diecezją. Kariera Łukasza nabrała rozpędu kiedy został dworzaninem króla Zygmunta III Wazy.

15 listopada 1620 roku to właśnie Opaliński własną piersią zasłonił króla przed niejakim Michałem Piekarskim, szlachcicem z ziemi sandomierskiej, który próbował dokonać zamachu na życie króla Zygmunta III (odcięto mu dłoń, którą podniósł na króla,  rozdarto go czterema końmi, ciało spalono, a proch wystrzelono z armaty; z wypadkiem tym znane jest wszak powiedzenie „jak Piekarski na mękach”).

Odtąd nasz Łukasz cieszyć się będzie jeszcze większą łaską monarchy. Wkrótce zostaje marszałkiem nadwornym, a po śmierci Mikołaja Wolskiego król mianuje go marszałkiem wielkim koronnym. Zaufaniem obdarza go również następny polski - król Władysław IV, powierzając mu sekretne wiadomości dotyczące wystąpienia z jezuickiego nowicjatu swojego brata Jana Kazimierza. To również Łukasz Opaliński zadbał o należyty pogrzeb Zygmunta III na Wawelu, zlecono mu także misje związane z odpowiednim przygotowaniem małżeństw królewskich Władysława IV: z Cecylią Renatą, a później Ludwiką Marią.

Okrutnik i fałszerz

Stadnicki ogniskował w sobie wszelkie wady i przywary ówczesnej szlachty. Jako zachłanny – jak opisują go kroniki - zajmował zboże i spichlerze sąsiadów. Spośród swoich krewnych jako jedyny pozostał przy kalwinizmie. W roku 1610 oskarżano go, iż „dziewięć kościołów spustoszonych, bydlętom mieszkaniem są”.

W 1607 roku Stadnicki wypowiedział wspomnianemu Łukaszowi Opalińskiemu regularną wojnę; najeżdżał więc jego dwór w Łące k. Rzeszowa, następnie Leżajsk, napadł na niego na drodze do Przemyśla. Zdobył nawet prywatną chorągiew Opalińskiego prezentując ją na rynku przemyskim.

Ale też Łukasz Opaliński nie był bez winy. W grudniu 1608 roku napadł koło Świlczy wozy Stadnickiego z winem i pieniędzmi, który zmierzał ze Śląska do Łańcuta. Jak podaje Łoziński w „Prawem i lewem” zabrał Opaliński „Diabłowi” 6 wielkich i 4 małe kufy wina i 3000 talarów w gotówce. Zrabował również 20 koni.

Zagniewany Stadnicki nakazał postawić pomiędzy Świlczą a Trzcianą słup z paszkwilem na Opalińskiego, w którym wspomniano, że Opaliński zrabował transport Stadnickiego, dlatego tu właśnie legła „cnota Opalińskiego”. Zmierzający na jarmark rzeszowski czytali ten paszkwil, a sam Łukasz Opaliński próbował niszczyć ów słup, ale na próżno – zaraz wyrastał kolejny stawiany przez ludzi Stadnickiego.

Kiedy Opaliński złupił Łańcut, jezuici rozpowszechniali w całej Polsce wiadomość, że  Łukasz Opaliński diabła pobił i piekło łańcuckie spalił. Opisywano, że starosta leżajski zdobył w Łańcucie fantastyczne skarby (wedle zeznań świadków skrzynię białą i beczkę z pieniędzmi oraz złote strzemiona i srebrne oraz złote naczynia: misy, łyżki i talerze), odkrył podziemia w których jęczeli przykuci do ścian łańcuchami więźniowie diabła, którzy kuli fałszywą monetę. Wspominać miał o tym złapany sługa Stadnickiego, który przesłuchiwany przez biskupa przemyskiego Macieja Pstrokońskiego na zapytanie duchownego czy to prawda odparł: Prawda to, że bije monetę i dlatego pieniądze się Stadnickiego nie trzymają; ty zaś Wielmożny Panie pieniądze pieścisz dlatego tyle ich masz...

     Sulima Popiel w zapomnianym i trudno dostępnym eseju „W sidłach diabła” (Kraków 1910) opowiada o osobliwym pochodzie tryumfalnym „Diabła” z Leżajska. Stadnicki w „krytej kolasie” poprzedzonej chłopcami grającymi na piszczałkach wyjeżdżał z Leżajska; przed awanturniczym panem szli odebrani Opalińskiemu jeńcy oraz pilnujący ich żołnierze Stadnickiego. Wśród tego osobliwego pochodu kroczył również hajduk Opalińskiego, niejaki Tulejka, któremu zarzucono na szyję powróz. W trakcie szamotaniny upokorzony hajduk zdarł powróz i zabił jednego z żołnierzy Stadnickiego imieniem „Ilka”. Diabeł rozwścieczony tym czynem wymierzył Tulejce okrutną karę: kazał zakopać go żywcem w grobie wraz ze swoim zabitym żołnierzem. Na miejscu tym wystawiono później kapliczkę, stojącą do dzisiaj przy wjeździe do Leżajska.

     Stadnicki nadal pustoszył Tyczyn, Łukawiec, Trzebownisko i Zaczernie. Zachowały się przekazy mówiące o tym, że w Terliczce i Stobiernej koło Rzeszowa Stadnicki maltretował mieszkańców – kazał obciąć ręce kilku chłopom, a  z jednego nieszczęśnika  darł żywcem pasy skóry. Na sam koniec kazał poddanego żywcem zakopać w ziemi. W swoim zameczku na Łysej Górze w Łańcucie (obecnie plebania parafialna) więził dziesiątki poddanych, których poddawał nieludzkim torturom. Wypędził katolików z kościoła parafialnego, usuwał obrazy i niszczył ołtarze. Łańcuccy katolicy zmuszeni byli wówczas korzystać z pobliskiego kościółka w Soninie. Stadnicki ogromną ilością pieniędzy wyposażał zbór kalwinski. Znane są nazwiska rektorów zboru: Andrzej Perstenius i Stanisław Jenetius. W kościele dominikańskim zajętym przez Stadnickiego bito podobno fałszywą monetę wprowadzając ją następnie w obieg.

   W obronnej walce Opalińskiego wspierała księżna Anna Ostrogska z Jarosławia. Łukasz Opaliński postanawił w końcu raz na zawsze zakończyć sprawę „Diabła” tak aby poniósł on sprawiedliwą karę. Wojska Opalińskiego rozpoczęły pościg za Stadnickim ruszając z Jarosławia. Sam Stadnicki uciekał na Węgry z zamiarem werbunku sabatów.

W Wojutyczach Opaliński pojmał żonę Diabła – Annę. Stadnicki schronił się w Tarnawie koło Chyrowa (u swojego brata) 20 sierpnia 1610 roku. I tu jeden z tatarskich najemników księżnej Ostrogskiej z Jarosławia zabił Diabła. W starszej literaturze  jako miejsce bitwy z Opalińskim i śmierci Stadnickiego wskazywano Tarnawiec koło Kuryłówki gdzie w tutejszych lasach w sierpniu 1610 roku schronić się miał nasz Diabeł przed marszałkiem raniony strzałą przez jednego z Kozaków.

Odrąbana głowa Diabła

Opaliński żałował, że Stadnickiego nie wzięto żywcem. Tatarskiego najemnika księżnej Ostrogskiej, który zabił Stadnickiego wynagrodzono jednak nobilitacją – przyjął on nazwisko Macedoński. Zwłoki Stadnickiego przywieziono do Przemyśla gdzie je zabalsamowano następnie w październiku pokazywano je w Sanoku. Tu otwarto trumnę i komisyjnie stwierdzono, że zwłoki posiadają odciętą głowę oraz ranę od kuli z półhaka poniżej lewego ramienia na piersi.

Ciało Diabła pochowano najprawdopodobniej w kościele rymanowskim, gdzie według wizytacji biskupiej w XVII wieku w pobliżu wielkiego ołtarza znajdowało się „na sznurze” epitafium Stanisława Stadnickiego. Treść jego przytacza Szymon Starowolski w „Monumenta Sarmatarum Beatae Aeternitati” Kraków 1655 nie podając jednak miejsca w którym się znajdowało. Epitafium to fundowane przez brata Diabła – Marcina oraz wdowę Annę zaginęło w XVIII wieku, gdy kościół rymanowski został przebudowany, a ciała pogrzebanych tam osób przeniesiono na cmentarz.

To ma być najpiękniejszy kościół...

Łukasz Opaliński przypomniał zaś sobie o ślubach w których obiecał, ze wystawi wspaniały kościół w Leżajsku, kiedy uwolni miasto od niebezpiecznego najeźdźcy. Początkowo wstrzymywał się z budową w obawie przed zniszczeniem świątyni przez Stanisława Stadnickiego. Po wygranej wojnie darował bernardynom dodatkową ziemię, a nadanie to zatwierdził król Zygmunt III Waza. Architektom i budowniczym pracującym przy leżajskiej bazylice Opaliński postawił warunek, aby była to najpiękniejsza świątynia. W latach 1618-28 wzniesiono obecny, wspaniały kościół.

Łukasz Opaliński był też gorącym czcicielem leżajskiej Madonny. Po 1649 roku kiedy wycofał się z życia publicznego i złożył laskę marszałkowską, bardzo często pomieszkiwał w leżajskim klasztorze, długie chwile spędzając na modlitwie przed Cudownym Wizerunkiem. Tu także został pochowany po śmierci w 1654 roku.

     Działalnością fundatorską objął Łukasz wraz z żoną Anną Pilecką (zm. 1631 r.),  także drugi kościół w mieście – leżajską farę. W tym kościele zwraca uwagę piękny ołtarz główny  zdobiony... złotem dukatowym. Był wzorowany na nieistniejącym obecnie ołtarzu głównym królewskiej katedry na Wawelu. W polu głównym znajduje się obraz warsztatu Tomasza Dolabelli "Adoracja Trójcy Świętej i Matki Bożej przez wszystkich świętych połączona z chwałą zakonu bożogrobców".

Nie było żadnej czarownicy!

Prawość Opalińskiego oraz tępienie niesprawiedliwości dało znać podczas sprawy tzw. leżajskiej czarownicy w XVII w. Wtedy to doszło do bezprecedensowego skazania niewinnej kobiety – niejakiej Mielczarkowej, oskarżonej o wyłudzenie, za pomocą czarów, zapisu testamentowego i nierząd, a za zarzuty były wysnuwane zaledwie przez jednego świadka - sukiennika Zawadę. Na ludzi opamiętanie przyszło dopiero wówczas kiedy w płonącym już ogniu Mielczarkowa poczęła przywoływać Matkę Najświętszą i pytać zgromadzoną gawiedź dlaczego ona niewinna płonie na stosie. Karę –  jak przed stu laty opisał całe wydarzenie W. Sulima-Popiel - wykonano bez zgody starosty Łukasza Opalińskiego, który nie krył oburzenia gdy mu o tym doniesiono, a niewinna kobieta spłonęła na oczach nie tylko swego klęczącego przy stosie męża ale i dzieci.

Synowi też ucięli głowę...

Stadnicki pozostawił trzech synów. W Łańcucie pozostał jeden z nich Władysław, który nie tylko dorównywał okrucieństwu swojemu ojcu, ale nawet ją przewyższał. Prowadził wojny sąsiedzkie z Korniaktami i Mikołajem Spytkiem Ligęzą. Nie było na niego mocnego. Dopiero starosta przemyski Marcin Krasicki, zebrawszy panów - braci szlachtę, ruszył w grudniu 1624 roku na miasteczko. 21 grudnia sześćset ludzi Krasickiego wdarło się przez Bramę Przemyską do miasta. Ale „Diablę” było chwilowo sprytniejsze. Synowi Stadnickiego - Władysławowi udało się uciec – schronił się w leżajskim klasztorze bernardyńskim; jednak ludzie Krasickiego wytropili i dopadli go. Zdecydowano rozstrzelać Władysława, głowę zaś jego odcięto i zaniesiono Marcinowi Krasickiemu. Łańcut został uwolniony od synów „Diabła”.

W latach sześćdziesiątych na wirydarzu klasztoru dominikanów w Łańcucie (obecnie budynek PTTK) znaleziono kości tajemniczego człowieka, z odciętą głową. Okazały się one szczątkami Władysława Stadnickiego – syna Diabła, którego tak bardzo obawiano się, że zdecydowano odciąć mu głowę, tak aby nawet po śmierci nie straszył okolicy...

Arkadiusz Bednarczyk

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

inti
inti 08.08.2020, 14:33
Genialna historia

Pozostałe