Zagadkowe kradzieże sakralnych dzieł sztuki

  • 27.06.2020, 19:44 (aktualizacja 27.06.2020, 19:59)
Zagadkowe kradzieże sakralnych dzieł sztuki Ołtarz główny kościoła w Bieczu wraz z obrazem "Zdjecie z Krzyża". Fot. Olerys-Wikipedia.

Na przełomie lat 80. i 90. wieku na terenie Polski południowo-wschodniej zanotowano szereg włamań i kradzieży sakralnych dzieł sztuki.  Nie wszystkie sprawy udało się wyjaśnić, część bezcennych przedmiotów bezpowrotnie zaginęła.

Dzieła sztuki znajdujące się w kościołach czy cerkwiach zawsze były łakomym kąskiem dla złodziei. Zarówno ze względu na swą często ogromną wartość historyczną i materialną, jak również stosunkowo słabe (przynajmniej w pewnych okresach czasu) zabezpieczenia. Znana nam skala teo typu przestępstw znacznie wzrosła zwłaszcza w latach 80. i 90 ubiegłego stulecia.

Według oficjalnych danych, w latach 1946-1996 w całej Polsce zanotowano 23 544 przypadki kradzieży i włamań do obiektów sakralnych wszystkich wyznań w całej Polsce. Z każdym dziesięcioleciem liczba tych czynów rosła. W latach 40. rejestrowano ich do stu rocznie, chociaż pamiętać trzeba, że wiele takich przypadków nie było notowanych. Zwłaszcza kradzieży z opuszczonych cerkwi. W kolejnych latach liczba włamań znacznie wzrosła, w latach 80. przekraczając 700, zaś w pierwszej połowie lat 90. nawet tysiąc rocznie. Niewątpliwie wpływ na to miał kryzys gospodarczy, większa aktywność międzynarodowych często szajek czy otwieranie się granic.

Ikonostas z Ulucza

Cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem Wniebowstąpienia Pańskiego w Uluczu to jeden z najstarszych tego typu obiektów w Polsce, stojący na wzgórzu Dębnik, powstały w połowie XVII wieku (dawniej czas budowy datowano błędnie na początek XVI wieku). Według legendy, świątynia wchodząca niegdyś w skład klasztoru (monastyru) bazylianów, pierwotnie miała być budowana w niżej położonej wsi. Tajemnicza siła miała jednak przenosić budowlane drewno trzykrotnie na wzgórze i wreszcie tam cerkiew ustawiono. Po wojnie i wysiedleniu miejscowej ludności obiekt popadał w ruinę, został rozkradziony i dopiero w latach 60. Zostało odnowiony i udostępniony jako filia sanockiego skansenu.

 W 1986 roku do cerkwi w Uluczu dokonano włamania. Skradziono dwie tzw. ikony namiestne i 14 „prazdników” z wizerunkami wschodnich świętych. Sprawcy pozostali nieznani, chociaż półtora roku później jedną z ikon przypadkiem odzyskano. W owczesnym województwie bielskim patrol milicyjny zatrzymał samochód na jugosłowiańskim tablicach rejestracyjnych, którego kierowca przekroczył prędkość. W czasie kontroli uwagę policjantów zwrócił przewożony na przednim siedzeniu niewielki drewniany obrazek. Ponieważ jadący nie mieli stosownych zezwoleń, został on zarekwirowany.   Dopiero po pewnym czasie ta informacja dotarła do milicji w województwie krośnieńskim, która zajmowała się kradzieżą z Ulucza. Niestety po Jugosłowianach nie było już śladu, nikt nie sporządził też w tej sprawie dokumentacji.

Z włamaniem do Ulucza wiązano inną, późniejszą nieco – też nie w pełni wyjaśnioną kradzież mającą miejsce w nocy z 2 na 3 listopada 1988. Przestępcy dostali się do cerkwi z Grąziowej, znajdującej się na terenie skansenu w Sanoku. Skradziono łącznie 12 XIX -wiecznych ikon (podobnych do tych z Ulucza) , malowanych na lipowym drewnie o niedużych wymiarach 27x38,5x4 cm. Obrazy zostały wyjęte z ram. Ich rynkową wartość oszacowano wówczas na 12-13 milionów ówczesnych złotych. Dla przypomnienia średnia pensja wówczas wynosiła 50 tysięcy złotych. Uwagę śledczych zwrócił fakt, że złodzieje pozostawili nietknięte cenniejsze eksponaty, np. XVII-wiecznego „Świętego Mikołaja”, co czyniło bardziej prawdopodobną tezę o kradzieży na zlecenie. Po jedenastu latach udało się odnaleźć jedną z nich.

„Zdjęcie z krzyża”

 Historia obrazu „Zdjęcie krzyża”, nazywanego zamiennie również „Opłakiwaniem Chrystusa” uważanego za jedno z najcenniejszych (jeżeli nie najcenniejsze) dzieł malarskich znajdujących się w obiekcie sakralnym w Polsce sięga połowy XVI wieku. Powstał on we Włoszech, w kręgu uczniów czy też naśladowców samego Michała Anioła. Autorstwo płótna pozostaje dyskusyjne, aczkolwiek wielu badaczy przypisuje je  włoskiemu malarzowi Federigo Barocciemu.

Nie wiadomo dokładnie jak okazałe dzieło, o wymiarach 177 cm szerokości i 197 cm wysokości, trafiło do Biecza. Według jednej z hipotez mógł go przywieźć kasztelan krakowski Wawrzyniec Spytek Jordan, który przebywając na kuracji w okolicach Werony miał go otrzymać od rodziny malarza Franciszka Carota. W spadku zaś po kasztelanie dzieło miało zostać przejęte przez biecką rodzinę Zborowskich. W tym przypadku pojawiają się jednak ogromne wątpliwości, związane z różnicami między „Zdjęciem z krzyża” a innymi dziełami Carota. Według innej wersji, sprowadzenie obrazu do Polski to zasługa rodu Sułkowskich, w których prywatnej kaplicy pierwotnie  był on przechowywany, by w drugiej połowie XVIII wieku trafić ostatecznie na centralne miejsce głównego ołtarza barokowego kościoła parafialnego w Bieczu.

Przez setki lat „Zdjęcie z krzyża” cieszyło więc bieckich wiernych, miłośników sakralnej sztuki, ale i wzbudzało zainteresowanie osób, które widziały w nim przede wszystkim wartość materialną. Niewątpliwie ogromną. Jak się miało później okazać, złodzieje przygotowywali się do kradzieży starannie przez dłuższy czas poprzedzający pamiętną noc z 4 na 5 sierpnia 1987 roku.

Kradzież i śledztwo

Kradzież cennego obrazu pierwszy zauważył kościelny, który zjawił się w świątyni kilka minut po godz. 6 rano, 5 sierpnia 1987 roku. Wchodząc do środka nie zauważył nic niepokojącego, zamarł jednak z przerażenia, gdy spojrzał na główny ołtarz i zobaczył puste miejsce po wyciętym z ram „Zdjęciu z krzyża”. Natychmiast pobiegł do ówczesnego proboszcza Jana Styrny, który przekonawszy się na własne oczy o świętokradczym przestępstwie powiadomił milicję. Kilkadziesiąt minut później na miejscu byli już miejscowi funkcjonariusze MO, wspierani przez ekipę śledczą Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Jaśle, pod który wówczas podlegał Biecz (samo miasto w tamtym okresie należało do województwa krośnieńskiego).

Sprawa zrobiła głośna na całą Polskę. Z jednej strony chodziło o wielkie dzieło artystyczne, z drugiej o przedmiot kultu religijnego. Dla wielu wiernych był to szok. W kościołach odbywały się modły o odzyskanie ołtarzu, zaś milicja prowadziła na szeroką skalę poszukiwania, przypuszczając, że kradzież została dokonana na zamówienie i dzieło może być wywiezione za granicę. Jeszcze w dniu ujawnienia kradzieży, informacja o tym fakcie została szeroko rozpowszechniona w mediach. Podawały ją serwisy radiowe, wspominano w „Telekspressie”. Organa ścigania apelowały o pomoc w odnalezieniu obrazu. Poszukiwaniami zajęła się specjalna ekipa milicyjna, o której pierwszych działaniach tak pisały rok później w serii artykułów rzeszowskie „Nowiny”:

- Pierwsze wnioski sprowadzały się do tego, że włamania dokonała grupa ludzi o wyjątkowym braku skrupułów, wśród której musieli też być ludzie młodzi i wyjątkowo sprawni. Sprawcy musieli mieć rozpoznany obiekt, ponieważ włamali się doń w najsłabszym punkcie jego zabezpieczenia, posiadali niezbędne narzędzia proste (…) oraz dysponowali środkami transportu. Nie mieli orientacji co do wartości pozostałych dzieł sztuki znajdujących się w kościele i jedynym celem ich działań był obraz >Opłakiwanie Chrystusa

 Śledczy sprawdzali liczne napływające do nich informacje, czasem mniej, czasem bardziej wiarygodne. Typując podejrzanych zainteresowali się notowanym już wcześniej mieszkańcem nieodległej od Biecza Leszkiem J. Szybko ustalono, że spędził on kilka miesięcy w jednej celi zakładu karnego w Tarnowie z Romanem Z., znanym w Katowicach nielegalny handlarzem walutą. Istotny był fakt, że zarówno w Krygu jak i w Bieczu widywano kilkakrotnie żółtą Ładę na katowickich numerach, należącą właśnie do Ślązaka.

W czasie przeszukań u rodziny Romana Z. milicjanci natrafili na pozostawione w samochodzie jego brata - Zbigniewa - ślady: strzęp pokrytej farbą tkaniny i mały odłamek drewna. Badania wykazało, że pochodzą one ze skradzionego obrazu. 11 sierpnia zatrzymany został Leszek J, milicjanci intensywnie szukali zaś braci Z.

Roman Z. po konsultacji z prawnikiem, wiedząc już, że jest poszukiwany, zgłosił się do prokuratury w Olkuszu. W czasie pierwszego przesłuchania mówił, że Leszek J. wraz z bratem Adamem 4 sierpnia mieli mu złożyć ofertę sprzedaży obrazu, zaś następnego dnia go przywieźli. Twierdził, że gdy tylko zorientował się, że płótno jest kradzione, oddał je mieszkańcowi Krygu.

Ostatecznie obraz udało się odzyskać po jedenastu dniach poszukiwań. Leszek J. wskazał miejsce jego ukrycia - w stodole stryja. Bezcenny przedmiot był mocno uszkodzony, kilka dni po odnalezieniu trafił do Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie poddany miał zostać konserwacji (ostatecznie placówka wycofała się z prac, konserwacji podjął się Ryszard Bielecki) . W grudniu 1988 roku, niemal półtora roku po kradzieży, płótno wróciło na swoje miejsce, do kościoła w Bieczu. W śledztwie okazało się, że miało być sprzedane handlarzowi z Austrii. Ten jednak wystraszył się medialnego szumu i ostatecznie zrezygnował z zakupu. Bracia L. z Krygu oraz bracia Z. z Katowic, wraz z żoną Romana odpowiadali przed sądem i usłyszeli wyroki więzienia.

Cudowna, rudecka ikona

Do dzisiaj pozostaje niewyjaśniona sprawa kradzieży cudownej ikony Matki Boskiej Rudeckiej ze świątyni w bieszczadzkim Jasieniu w lipcu 1992 roku. O tyle zadziwiająca i bulwersująca, że o ile sprawcę udało się schwytać i osądzić, to po bezcennym, wielowiekowym obrazie ślad zaginął. 

Ikona wykonana temperą na płótnie i przyklejona na deskę lipową o wymiarach 137 na 106 cm pochodziła prawdopodobnie z przełomu XV i XVI wieku, ale wiele wskazuje, że jej pierwowzór mógł powstać w IX lub X wieku. Według legendy obraz ocalał ze spalonego w początkach XVII wieku kościoła w Żeleźnicy i przewieziony do Rudek koło Lwowa. Szybko został otoczony cudownego. Z najdalszych rejonów przybywali tu pielgrzymi, wierzący w uzdrowieńczą moc ikony. Z wizytą przyjeżdżali tu królowie Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan III Sobieski składając wota dziękczynne.

Po II wojnie światowej, gdy Rudki znalazły się w ZSRR, cudowny obraz udało się przewieźć do Polski. Początkowo był przechowywany w Łańcucie, później w Seminarium Duchownym w Przemyślu. Z inicjatywy biskupa Ignacego Tokarczuka w bieszczadzkim Jasieniu w 1968 roku utworzono seminarium maryjne i tu postanowiono umieścić ikonę. 8 lipca tegoż roku uroczystą sumę odprawił tu kardynał Karol Wojtyła. 

Kradzież cudownego obrazu wstrząsnęła wiernymi. Jego rynkową wartość szacowano w 1992 roku na prawie 2 miliardy starych złotych, dla osób wierzących w jej moc, była ona oczywiście bezcenna. Od początku podejrzewano, że to kradzież na zlecenie, zapewne zagranicznego kolekcjonera. Po jakimś czasie udało się schwytać złodzieja. Okazał się nim 41-letni wówczas Henryk W., mieszkaniec województwa siedleckiego. Mimo mocnych dowodów nie przyznał się do winy. Został skazany na 9 lat więzienia, obrazu przepadł jednak bezpowrotnie. Odnaleziono jedynie koronę. W 1994 roku wierną kopię obrazu wykonał ukraiński artysta Iwan Suchij,  w następnym roku została poświęcona, zaś w 1996 roku koronowana przez arcybiskupa przemyskiego Józefa Michalika. Wierni wierzą, że i ona ma moc skradzionego oryginału.

Szymon Jakubowski

Tekst ukazał się w nr 11-12/2019 "Podkarpackiej Historii"

 

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

mac210
mac210 28.06.2020, 19:42
Niezwykle interesujący artykuł. Od urodzenia jestem mieszkańcem Biecza i moje wątpliwości wzbudziły dwie kwestie. Czy mogę prosić o weryfikację wymiarów obrazu "Zdjęcie z krzyża"? Obraz jest znacznie większy niż tu opisano. Jego wymiary 296 cm x 177 cm. Poza tym, biecka kolegiata to przede wszystkim zabytek architektury gotyckiej z jedynie elementami barokowymi (m. in. ambona, ołtarze boczne). Nawet sam ołtarz wielki w którym obecnie umieszczone jest włoskie dzieło stworzony został w stylu manierystycznym tj. późnego renesansu.

Pozostałe