11.05.1955. Tragiczny pożar kina w Wielopolu Skrzyńskim

  • 10.05.2020, 16:28
11.05.1955. Tragiczny pożar kina w Wielopolu Skrzyńskim Barak, w którym doszło do tragedii.

11 maja 1955 roku w pożarze objazdowego kina w Wielopolu Skrzyńskim zginęło 58 osób. Przypominamy poświęcony tragedii rozdział książki Janusza Klicha „Parada złoczyńców”, która ukazała się w 2007 roku nakładem wydawnictwa „JOTA”.

„Ofiarny stos“ – ta­ki ty­tuł no­si roz­dział XIV skryp­to­we­go wy­da­nia ksią­ż­­­ki pt. „Wie­lo­polsz­czy­zna – szki­ce z dzie­jów”, opra­co­wa­nej pod re­dak­cją Wła­dy­sła­wa Ta­ba­sza w 1991 r. To w nim opi­sa­no naj­więk­szą na Pod­kar­pa­ciu tra­ge­dię. Dzia­ło się to w Wie­lo­po­lu Skrzyń­skim, pod­czas wiel­kie­go po­ża­ru drew­nia­ne­go ba­ra­ku, któ­ry wy­buchł w trak­cie se­an­su ki­na ob­jaz­do­we­go, a spło­nę­ło w nim żyw­cem 58 osób, w tym 38 dzie­ci w wie­ku od kil­ku do kil­ku­na­stu lat.

Z parafialnej kroniki

Od re­dak­to­ra te­go wy­daw­nic­twa do­wie­dzia­łem się, że roz­dział ten spi­sał z no­ta­tek i kro­nik pa­ra­fial­nych nie­ży­ją­ce­go już księ­dza pra­ła­ta Ju­lia­na Śmie­ta­ny, je­go na­stęp­ca – pro­boszcz w Wie­lo­po­lu Skrzyń­skim – ks. Jan By­li­now­ski. Ale dr Wła­dy­sław Ta­basz przy­po­mniał, że naj­wię­cej in­for­ma­cji o sa­mej tra­ge­dii i jej skut­kach zgro­ma­dzi­ła dzien­ni­kar­ka TVP­ 3 w Rze­szo­wie red. Bar­ba­ra Paw­lak, któ­ra trzy la­ta wcze­śniej re­ali­zo­wa­ła w Wie­lo­po­lu i War­sza­wie film do­ku­men­tal­ny na ten te­mat.

– Rze­czy­wi­ście przez wie­le mie­się­cy zbie­ra­łam ma­te­ria­ły na ten draż­li­wy, jak się oka­za­ło, te­mat – po­twier­dzi­ła red. Bar­ba­ra Paw­lak i do­da­ła, że w re­dak­cji ma ko­pię fil­mu pod ta­kim sa­mym ty­tu­łem, ja­ki przed pół wie­ku wy­świe­tla­no w Wie­lo­po­lu Skrzyń­skim, czy­li „Spra­wa do za­ła­twie­nia” w re­ży­se­rii Ja­na Ryb­kow­skie­go. – Naj­więk­szą trud­no­ścią by­ło po­ko­na­nie psy­chicz­ne­go opo­ru doj­rza­łych dziś lu­dzi, któ­rzy w tam­tej tra­ge­dii stra­ci­li naj­bliż­szych – swych ro­dzi­ców lub ro­dzeń­stwo.

W re­dak­cji te­le­wi­zyj­nej w Rze­szo­wie na tzw. prze­glą­dar­ce ogląd­ną­łem więc ten wzru­sza­ją­cy do­ku­ment, któ­ry do dziś do­cze­kał się kil­ku emi­sji i sta­no­wi swo­isty skarb me­diów. Jest bo­wiem naj­do­sko­nal­szą ze zna­nych re­kon­struk­cji wy­da­rzeń z 11 ma­ja 1955 r., któ­re wstrzą­snę­ły ca­łą Pol­ską i mia­ły póź­niej rów­nież brze­mien­ne w skut­ki echa praw­ne.

– Nie­mal ty­dzień spę­dzi­łam w War­sza­wie, gdzie w Są­dzie Okrę­go­wym i Ko­men­dzie Głów­nej Po­li­cji za­po­zna­wa­łam się z ak­ta­mi kar­ny­mi tej spra­wy – wspo­mi­na red. Bar­ba­ra Paw­lak. – To wła­śnie w nich zna­la­złam wstrzą­sa­ją­ce w swej wy­mo­wie zdję­cia wy­ko­na­ne po tra­ge­dii, a tak­że pier­wot­ne ad­re­sy jej bez­po­śred­nich uczest­ni­ków zda­rzeń, tych, któ­rzy nie­mal cu­dem oca­le­li. Je­den z nich mó­wi wprost, że na se­ans w drew­nia­nym ba­ra­ku do­stał się bez bi­le­tu przez otwar­te mu przez ko­le­gę okno i wy­sko­czył przez nie na ze­wnątrz, gdy ktoś krzyk­nął pod­czas se­an­su: – Pa­li się! Ucie­kać!

Trze­ba przy­znać, że rze­szow­ska re­por­ter­ka te­le­wi­zyj­na wy­ko­na­ła ka­wał do­brej ro­bo­ty. Jej re­kon­struk­cja tra­gicz­nych zda­rzeń po­ra­ża do­kład­no­ścią. Przed­sta­wia Wie­lo­po­le Skrzyń­skie z dnia po­ża­ru z naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi. Po­ka­zu­je, jak lu­dzie sa­dzą te­go dnia ziem­nia­ki. Ktoś pa­mię­ta, że eki­pa ki­na ob­jaz­do­we­go przy­je­cha­ła wcze­śniej i w miej­sco­wo­ści, któ­ra wte­dy nie mia­ła jesz­cze elek­trycz­no­ści, na oko­licz­nych wzgó­rzach do­bie­ga­ły z me­ga­fo­nów (ope­ra­to­rzy ki­na ob­jaz­do­we­go mie­li wła­sny agre­gat prą­do­twór­czy) dźwię­ki pio­sen­ki Ma­rii Ko­terb­skiej pt. „Pa­ra­sol­ki”.

– Dla ce­lów peł­nej do­ku­men­ta­cji uda­ło się nam od­na­leźć ta­ki sam pro­jek­tor fil­mo­wy mar­ki Carl Ze­iss Je­na, chwa­lo­ny bar­dzo przez ów­cze­snych ope­ra­to­rów ja­ko bar­dzo no­wo­cze­sny i spraw­ny, któ­ry po­sta­wio­no w tra­gicz­nym dniu na sto­le przed sce­ną w szkol­nym ba­ra­ku, któ­ry był je­go wi­do­wi­sko­wą sa­lą, je­dy­ną wte­dy w Wie­lo­po­lu – opo­wia­da rze­szow­ska dzien­ni­kar­ka te­le­wi­zyj­na. – Zna­leź­li­śmy też star­szych ope­ra­to­rów, któ­rzy wy­ja­śni­li, iż ko­pia wy­świe­tla­ne­go te­go dnia fil­mu by­ła na­gra­na na ła­two­pal­nej i wła­ści­wie nie­moż­li­wej do uga­sze­nia (pa­li­ła się da­lej po za­la­niu jej wo­dą lub na­wet po za­sy­pa­niu pia­skiem) ko­pii, z ta­śmą o sze­ro­ko­ści 35 mm i przy­go­to­wa­nej na pod­ło­żu ni­tro­gli­ce­ry­ny, uży­wa­nej prze­cież do pro­duk­cji ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych.

Tragiczny seans

Z re­la­cji za­war­tej we wspo­mnia­nym wy­da­niu „Wie­lo­polsz­czy­zny” wie­my, że za­ło­ga ob­jaz­do­we­go ki­na za­in­sta­lo­wa­ła się w ryn­ku wcze­snym po­po­łu­dniem i uda­ła się w kom­ple­cie do miej­sco­wej gos­po­dy na obiad, su­to zresz­tą za­kra­pia­ny al­ko­ho­lem. Mi­strzo­wie ob­jaz­do­we­go ki­na by­li wte­dy wręcz gwiaz­do­ra­mi w od­wie­dza­nych miej­sco­wo­ściach, więc nikt nie ską­pił im ni­cze­go.

– W fil­mo­wej re­kon­struk­cji zda­rzeń po­ra­ża frag­ment, kie­dy ja­cyś lu­dzie za­bi­ja­ją de­ska­mi okna do szkol­ne­go ba­ra­ku, aby ga­wiedź nie do­sta­ła się na pro­jek­cję bez bi­le­tów – kon­ty­nu­uje red. Bar­ba­ra Paw­lak. – Te stu­ki młot­ków przy­po­mną się póź­niej w sce­nach zbi­ja­nia dzie­sią­tek tru­mien dla ofiar tej tra­ge­dii, przy czym pra­co­wa­ła ca­ła czwór­ka wie­lo­pol­skich sto­la­rzy. Nie da­wa­li so­bie z tym ra­dy, więc część tru­mien do­wie­zio­no z dę­bic­kich za­kła­dów po­grze­bo­wych. Ale ja naj­bar­dziej do dziś pa­mię­tam od­głos wie­lo­pol­skich dzwo­nów ko­ściel­nych, któ­re wpierw za­pra­sza­ły wier­nych na „ma­jów­kę”, a po­tem ob­wiesz­cza­ły wszyst­kim nie­wy­obra­żal­ne nie­szczę­ście.

Z pa­ra­fial­nych kro­nik Wie­lo­po­la wie­my, że se­ans ki­na ob­jaz­do­we­go roz­po­czął się oko­ło godz. 19, bo by­ło to już po ma­jo­wym na­bo­żeń­stwie. Sa­la wi­do­wi­sko­wa w ba­ra­ku by­ła za­peł­nio­na i za­sia­dło w niej oko­ło 200 osób, w tym ro­dzi­ce z dzieć­mi, któ­rych nie mie­li z kim zo­sta­wić w do­mu. Nie­któ­re za­snę­ły na ich ko­la­nach i mat­ki od­nio­sły je do do­mów. Te dzie­ci prze­ży­ły szczę­śli­wie tra­ge­dię, choć nikt wte­dy te­go nie prze­wi­dy­wał.

Sa­la wi­do­wi­sko­wa by­ła na­dal ubra­na ze­schłą już je­dli­ną i gir­lan­da­mi, po­zo­sta­wio­ny­mi po za­po­mnia­nej już za­ba­wie syl­we­stro­wej. Apa­rat fil­mo­wy stał na sto­li­ku przy sce­nie, a ope­ra­tor oraz je­go po­moc­ni­cy i wi­dzo­wie na sto­ją­cych w są­siedz­twie ław­kach pa­li­li pa­pie­ro­sy. W sa­li już przed wy­bu­chem po­ża­ru by­ło dusz­no od dy­mu. Na ekra­nie bie­gła ak­cja fil­mu, przed­sta­wia­ją­ce­go ja­kieś ko­rup­cyj­ne po­wią­za­nia w han­dlu bu­ta­mi, bok­ser­ską wal­kę. Po­tem wi­dzi­my mo­ment, kie­dy skoń­czy­ła się trze­cia ta­śma fil­mu (w ogó­le by­ło ich 10, o cię­ża­rze 18 kg). Przed oświe­tlo­nym przez pu­sty pro­jek­tor ekra­nem ktoś rę­ka­mi usta­wił „cień za­jącz­ka”, co roz­ba­wi­ło pu­blicz­ność.

„Coś syknęło”

– Sie­dzą­cy w bli­skiej od­le­gło­ści od sto­li­ka z apa­ra­tem fil­mo­wym świa­dek, dziś doj­rza­ły już męż­czy­zna wspo­mi­na, że za­pa­mię­tał ten waż­ny mo­ment – przy­po­mi­na so­bie red. B. Paw­lak. – Ope­ra­tor zdjął szpu­lę z czę­ścią fil­mu, ca­ły czas trzy­ma­jąc w ustach za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa. Pod­czas zwi­ja­nia koń­ców­ki ta­śmy do­tknął ją koń­cem pa­pie­ro­sa, coś syk­nę­ło i na­gle ca­ła ta­śma sta­nę­ła w pło­mie­niach. Od­rzu­cił ją od sie­bie, ale w kie­run­ku po­zo­sta­łych taśm, po czym ktoś krzyk­nął: – Pa­li się! Ucie­kać!

Z in­nych re­la­cji wie­my wpraw­dzie, że ope­ra­tor pró­bo­wał ga­sić taś­mę go­ły­mi rę­ka­mi, ale opa­rzył się i za resz­tą swej eki­py rzu­cił się wprost do otwar­te­go okna w kie­run­ku ryn­ku (okien z tej stro­ny nie za­bi­to de­ska­mi). Ca­ła za­ło­ga ki­na ob­jaz­do­we­go ucie­ka­ła au­tem w kie­run­ku Dę­bi­cy, ale wkrót­ce ją za­trzy­ma­no i aresz­to­wa­no.

Z dal­szej re­la­cji fil­mu do­ku­men­tal­ne­go o tra­ge­dii wie­my, że od zapa­lo­nej ta­śmy ogień ob­jął ko­lej­ne. Na­tych­miast za­czę­ły one wy­dzie­lać tok­sycz­ny dym, któ­ry po­zba­wiał przy­tom­no­ści oso­by sie­dzą­ce naj­bli­żej pro­jek­to­ra. Tak roz­po­czął się akt wiel­kiej tra­ge­dii, któ­ra przy­nio­sła naj­wię­cej śmier­tel­nych ofiar w ów­cze­snej Rze­szowsz­czyź­nie.

– Te­go, co dzia­ło się wte­dy we­wnątrz ki­no­wej sa­li nie spo­sób od­two­rzyć, więc po­zo­sta­ły w do­ku­men­tal­nym fil­mie je­dy­nie re­la­cje tych świad­ków zda­rzeń, któ­rzy szczę­śli­wie oca­le­li z po­żo­gi – kon­ty­nu­uje rze­szow­ska re­por­ter­ka. – Jed­ni wy­ska­ki­wa­li przez otwar­te wcze­śniej okna, in­ni for­so­wa­li za­tło­czo­ną przez ucie­ka­ją­cych lu­dzi dro­gę do głów­ne­go wyj­ścia. Po­ty­ka­li się i upa­da­li na lu­dzi upa­dłych już bez przy­tom­no­ści na pod­ło­gę. Nie­któ­rzy czu­li nie tyl­ko du­szą­cy dym pa­lą­cych się taśm fil­mo­wych, ale i le­pi­ku na da­chu, któ­ry ka­pał już do wnę­trza. Wkrót­ce ten dach za­wa­lił się i za­czę­ła pło­nąć ca­ła pod­ło­ga, co wła­ści­wie do­peł­ni­ło tra­ge­dii tych, któ­rzy jesz­cze mie­li ja­kieś szan­se wy­do­sta­nia się ze swy­mi dzieć­mi na ze­wnątrz.

Płonęli żywcem

Do­daj­my, że to wte­dy po raz dru­gi te­go dnia za­grzmia­ły wie­lo­pol­skie dzwo­ny ko­ściel­ne. Z pło­ną­ce­go jak ża­giew ba­ra­ku do­bie­ga­ły na ze­wnątrz po­twor­ne krzy­ki umie­ra­ją­cych w pło­mie­niach lu­dzi. Na ra­tu­nek ru­szy­li miej­sco­wi stra­ża­cy, któ­rzy osę­ka­mi roz­bi­li pło­ną­cą od stro­ny ryn­ku ścia­nę ba­ra­ku i przez po­wsta­łą w ten spo­sób wy­rwę zdo­ła­li ura­to­wać część lu­dzi pró­bu­ją­cych wy­do­stać się na ze­wnątrz. In­na część szczę­śli­wie sfor­so­wa­ła okna za sce­ną. Ja­kiś stra­żak krze­słem wy­bił jed­no za­bi­te de­ska­mi okno i ura­to­wał kil­ka osób, z któ­rych ostat­nia za­wi­sła wpół (wy­cią­gnię­to ją na ze­wnątrz i ura­to­wa­no) na fra­mu­dze i za­ta­ra­so­wa­ła w tra­gicz­nym mo­men­cie wyj­ście na­stęp­nym.

Ale tych scen w fil­mie nie ma, bo ich re­kon­struk­cja z tech­nicz­nych po­wo­dów by­ła­by nie­moż­li­wa, a z mo­ral­nych przy­czyn by­ła­by hor­ro­rem nie do oglą­da­nia. Na­stęp­ne sce­ny przy­po­mi­na­ją o tym, że po uga­sze­niu cia­ła strasz­li­wie po­pa­lo­nych lu­dzi – tych, któ­rych uda­ło się roz­po­znać – od­no­szo­no do ich miesz­kań, któ­re za­mie­ni­ły się w do­my pła­czu i roz­pa­czy. Ksiądz By­li­now­ski prze­czy­tał póź­niej frag­ment kro­ni­ki pa­ra­fial­nej ks. Śmie­ta­ny, w któ­rym po­grze­by ofiar po­ża­ru okre­ślo­no, ja­ko „wiel­ki ryk bó­lu i roz­pa­czy”.

Przemilczana tragedia

Z książ­ki „Wie­lo­polsz­czy­zna” wie­my, że ów­cze­sne wła­dze sta­ra­ły się nie tyl­ko ukryć roz­mia­ry tra­ge­dii (oprócz 58 śmier­tel­nych ofiar, by­ło jesz­cze po­nad 20 po­waż­nie po­pa­rzo­nych), o któ­rej w pra­sie uka­zy­wa­ły się je­dy­nie krót­kie, nie­wie­le mó­wią­ce o przy­czy­nach dra­ma­tu ko­mu­ni­ka­ty. Do Wie­lo­po­la Skrzyń­skie­go już na­stęp­ne­go dnia po tra­ge­dii przy­le­cia­ła sa­mo­lo­tem z War­sza­wy spe­cjal­na de­le­ga­cja z wi­ce­mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych i pro­ku­ra­to­rem ge­ne­ral­nym ów­cze­snej PRL.

Po­grze­by ofiar od­by­ły się w miej­sco­wym ko­ście­le w trze­ci i czwar­ty dzień po po­ża­rze (był to pią­tek i so­bo­ta). W pierw­szy z tych dni na po­sadz­ce i spe­cjal­nych ła­wach usta­wio­no 34 trum­ny i do­ku­men­tal­na re­kon­struk­cja zda­rzeń przy­po­mi­na tę sce­nę. Na­stęp­ne­go dnia po­cho­wa­no resz­tę ofiar.

– Przy trum­nach, któ­rym to­wa­rzy­szył zbio­ro­wy płacz i szloch, mo­gli być tyl­ko człon­ko­wie ro­dzin tra­gicz­nie zmar­łych – przy­po­mi­na red. B. Paw­lak. – Dro­gi do Wie­lo­po­la ob­sta­wio­ne by­ły przez mi­li­cję, któ­ra nie wpusz­cza­ła do tej miej­sco­wo­ści ni­ko­go z ze­wnątrz, chy­ba że wy­ka­zał się po­kre­wień­stwem z któ­rąś ze zmar­łych osób. Mi­mo to lu­dzie z są­sied­nich wio­sek po­la­mi do­tar­li do ko­ścio­ła, któ­ry był szczel­nie wy­peł­nio­ny przez wier­nych. Po­tem wła­dze też sta­ra­ły się, by nic nie przy­po­mi­na­ło tej tra­ge­dii, ewi­dent­nie za­wi­nio­nej przez lek­ce­wa­żą­cą wszel­kie za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa eki­pę ob­jaz­do­we­go ki­na. Nie dzi­wi więc, że pro­ces oskar­żo­nych w tej spra­wie za­koń­czył się w War­sza­wie.

Za­nim jed­nak do­szło do te­go, pod­czas po­rząd­ko­wa­nia tra­gicz­ne­go po­go­rze­li­ska do­szło do bar­dzo nie­przy­jem­ne­go in­cy­den­tu, któ­ry do­dat­ko­wo wzbu­rzył zroz­pa­czo­nych wie­lo­po­lan. Ro­bot­ni­cy zbie­ra­ją­cy po­pio­ły nie zwa­ża­li na to, że znaj­do­wa­ły się w nich na­dal reszt­ki spa­lo­nych ciał, nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne rę­ce, pal­ce, frag­men­ty ko­ści rąk i nóg. Za­miast zgro­ma­dzić je w jed­nym miej­scu, za­czę­li wszyst­ko wy­wo­zić na dro­gę w kie­run­ku tar­go­wi­cy i za­sy­py­wać ni­mi dziu­ry w jezd­ni. Kie­dy lu­dzie zwró­ci­li na to uwa­gę, spo­wo­do­wa­ło to ogrom­ne obu­rze­nie. Pra­ce prze­rwa­no, wszyst­kie ludz­kie szcząt­ki do­kład­nie po­zbie­ra­no i wy­wie­zio­no na­stęp­nie na cmen­tarz, gdzie po­cho­wa­no w od­ręb­nej mo­gi­le, umiesz­cza­jąc na niej póź­niej na­pis: „Nie­roz­po­zna­ne czę­ści ciał ofiar po­ża­ru 11. V. 1955 ro­ku”. Na fil­mie red. B. Paw­lak mo­gi­łę tę wska­zu­je ks. pro­boszcz J. By­li­now­ski.

Śledz­two w tej spra­wie pro­wa­dzo­no mie­sią­ca­mi, zaś akt oskar­że­nia ob­jął nie tyl­ko bez­po­śred­nich spraw­ców tra­ge­dii, ale tak­że ich służ­bo­wych zwierzch­ni­ków. Z prze­pi­sa­nej no­tat­ki z „Dzien­ni­ka Pol­skie­go” (au­tor tej re­la­cji nie po­dał w książ­ce pt. „Wie­lo­polsz­czy­zna” da­ty wy­da­nia) wie­my, sąd zgo­dził się na po­da­nie do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści na­zwisk ska­za­nych za spo­wo­do­wa­nie tra­gicz­nej śmier­ci kil­ku­dzie­się­ciu osób, oraz dra­ma­tu strasz­nie po­pa­rzo­nych i ich ro­dzin, ale po la­tach ogra­ni­czyć się wy­pa­da do przy­po­mnie­nia ich imion i pierw­szych li­ter na­zwisk.

Skazani

I tak, kie­row­nik ob­jaz­do­we­go ki­na – Jó­zef K. oraz ki­no­me­cha­nik – Wła­dy­sław K. (te na­zwi­ska brzmią iden­tycz­nie) zo­sta­li uzna­ni za win­nych na­ru­sze­nia wszel­kich za­sad bez­pie­czeń­stwa, obo­wiąz­ków wy­ni­ka­ją­cych z prze­pi­sów prze­ciw­po­ża­ro­wych oraz obo­wiąz­ków służ­bo­wych i bez­po­śred­nie­go spo­wo­do­wa­nia ka­ta­stro­fal­ne­go w skut­kach po­ża­ru. Zo­sta­li oni ska­za­ni na ka­ry wię­zie­nia w wy­mia­rze po 15 lat.

Szo­fer ki­na ob­jaz­do­we­go – Wła­dy­sław W. zo­stał ska­za­ny na 5 lat po­zba­wie­nia wol­no­ści za nie­do­star­cze­nie do ki­no­wej sa­li, wbrew ciążą­ce­mu na nim obo­wiąz­ko­wi, środ­ków prze­ciw­po­ża­ro­wych, a po­moc­nik ki­no­me­cha­ni­ka – Wła­dy­sław S. na ta­ką sa­mą ka­rę w wy­mia­rze 2 lat za za­nie­dba­nie przy­go­to­wa­nia prze­pi­so­wych wyjść za­pa­so­wych z ba­ra­ku.

Za za­nie­dba­nia służ­bo­we w za­kre­sie za­pew­nie­nia od­po­wied­nich wa­run­ków bez­pie­czeń­stwa w pod­le­głych im ki­nach ob­jaz­do­wych uka­ra­ni zo­sta­li też oskar­że­ni w tej spra­wie dy­rek­tor Okrę­go­we­go Za­rzą­du Kin (OZK) w Rze­szo­wie – Ta­de­usz H. (ka­ra 3 lat wię­zie­nia) i in­spek­tor ochro­ny prze­ciw­po­ża­ro­wej te­go sa­me­go za­rzą­du OZK – Mie­czy­sław M. (ka­ra 4 la­ta wię­zie­nia) oraz dy­rek­tor Cen­tral­ne­go Za­rzą­du Kin (CZK) w War­sza­wie – Ka­zi­mierz N. (ka­ra 2 la­ta po­zba­wie­nia wol­no­ści, z za­wie­sze­niem jej wy­ko­na­nia na okres pró­by) i in­spek­tor nad­zo­ru w tym­że CZK (ka­ra 1 ro­ku więzienia, też z warunko­wym zawieszeniem jej wykonania.

Cen­tral­ny Za­rząd Kin w War­sza­wie zo­bo­wią­za­no są­do­wym wy­ro­kiem do wy­co­fa­nia ze wszyst­kich pol­skich kin taśm z ko­pia­mi fil­mów, spo­rzą­dzo­nych na ba­zie ni­tro­gli­ce­ry­ny, a tak­że do za­ostrze­nia prze­pi­sów prze­ciw­po­ża­ro­wych w ki­nach i bez­względ­ne­go ich prze­strze­ga­nia.

W sto­sun­ku do ska­za­nych Jó­ze­fa i Wła­dy­sła­wa K. oraz Wła­dy­sła­wa W. by­ły to mak­sy­mal­ne ka­ry prze­wi­dzia­ne w ko­dek­sie kar­nym, a ich wy­mie­rze­nie sąd uza­sad­nił tym, mię­dzy in­ny­mi, że w cza­sie peł­nie­nia swych obo­wiąz­ków służ­bo­wych i bę­dąc w tzw. de­le­ga­cji znaj­do­wa­li się oni w sta­nie odu­rze­nia al­ko­ho­lo­we­go, co w znacz­nym stop­niu przy­czy­ni­ło się do tra­gicz­nej w skut­kach ka­ta­stro­fy, któ­ra po­chło­nę­ła ty­le śmier­tel­nych ofiar.

– Mój film do­ku­men­tal­ny z re­kon­struk­cją zda­rzeń przed i po wiel­kiej ka­ta­stro­fie w Wie­lo­po­lu Skrzyń­skim koń­czy krót­ka in­for­ma­cja tek­sto­wa o tym, że głów­ny spraw­ca nie­szczę­ścia (ów ope­ra­tor, któ­ry pa­pie­ro­sem nad­pa­lił frag­ment fil­mo­wej ta­śmy) nie do­cze­kał koń­ca wy­mie­rzo­nej mu ka­ry 15 lat wię­zie­nia – koń­czy swą opo­wieść red. B. Paw­lak. – W ak­tach kar­nych tej spra­wy zna­la­złam no­tat­kę, iż po­peł­nił sa­mo­bój­stwo pod­czas od­by­wa­nia ka­ry po­zba­wie­nia wol­no­ści. Moż­na rzec, że w ten spo­sób chciał sam wy­mie­rzyć so­bie su­row­szą ka­rę za po­zba­wie­nia ży­cia ty­lu lu­dzi niż uczy­nił to kie­ru­ją­cy się ko­dek­so­wy­mi za­sa­da­mi sąd.

Pamięć po latach

Do­dać trze­ba na ko­niec, iż wła­dze przez la­ta nie do­pusz­cza­ły do przy­po­mi­na­nia wie­lo­pol­skiej tra­ge­dii. Do­pie­ro w II po­ło­wie lat 80. ubie­głe­go wie­ku ze­zwo­lo­no na zbu­do­wa­nie w miej­scu tra­ge­dii ze spo­łecz­nych skła­dek po­mni­ka z ta­bli­ca­mi, na któ­rych wy­ry­to na­zwi­ska wszyst­kich 58 ofiar tra­ge­dii, z po­da­niem ich wie­ku. Od te­go cza­su co roku w rocz­ni­cę ka­ta­stro­fy przed tym po­mni­kiem od­pra­wia­na jest msza świę­ta, a tak­że tu ob­cho­dzo­ne są do­rocz­nie uro­czy­sto­ści z oka­zji Dnia Stra­ża­ka. W 2005 r. uro­czy­stość ta­ka od­by­ła się w nie­dzie­lę, 14 ma­ja, i mia­ła – jak co ro­ku – re­li­gij­ny cha­rak­ter, zaś mszę świę­tą z udzia­łem pro­bosz­czów po­nad dwu­dzie­stu oko­licz­nych pa­ra­fii kon­ce­le­bro­wa­no pod prze­wod­nic­twem or­dy­na­riu­sza die­ce­zji rze­szow­skiej – ks. bpa Ka­zi­mie­rza Gór­ne­go.

Jed­nak obec­nym na uro­czy­sto­ści naj­bar­dziej za­pa­dła za­pew­ne w pa­mięć przy­go­to­wa­na przez uczniów miej­sco­we­go Gim­na­zjum prezen­ta­cja spa­lo­nych w ba­ra­ku lu­dzi, po­czy­na­jąc od naj­młod­szych (5-let­ni chłop­czyk), a na naj­­star­szych (66-let­ni męż­czy­zna) koń­cząc. Pro­wa­dzo­ną przy dźwię­kach ża­łob­nej mu­zy­ki in­sce­ni­za­cję za­koń­czy­ła sce­na gro­zy i woła­nia o po­moc fa­lu­ją­cej przed po­mni­kiem gru­py, z wy­cią­gnię­ty­mi krzy­ża­mi w rę­kach.

Po pół wie­ku nie pa­dły już sło­wa oskar­żeń pod ad­re­sem lek­ce­wa­żą­cych wszel­kie za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa or­ga­ni­za­to­rów ki­na ob­jaz­do­we­go, któ­rzy wów­czas ucie­kli z miej­sca tra­ge­dii przez otwar­te obok pro­jek­to­ra okno. Pod­czas tej dra­ma­tycz­nej pre­zen­ta­cji ofiar po­ża­ru wspo­mnia­no tak­że jej wiel­kich i tra­gicz­nych bo­ha­te­rów: Ka­zi­mie­rza Gą­sio­ra, Jó­ze­fa Pa­rę i Ja­na Siuś­kę, któ­rzy bę­dąc już po­za pło­ną­cym ba­ra­kiem, wró­ci­li doń z po­wro­tem, by ra­to­wać dzie­ci i zgi­nę­li w pło­mie­niach.

Janusz Klich

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

nieistotny szczegół
nieistotny szczegół 10.05.2020, 21:44
Taśma filmowa była na podkładzie nitrocelulozy (też materiał o właściwościach wybuchowych) a nie nitrogliceryny.

Pozostałe