20.03.1946. Masakra w Jasielu

  • 20.03.2020, 16:19 (aktualizacja 29.03.2020, 20:34)
20.03.1946. Masakra w Jasielu Pomnik w Jasielu. Fot. arch

20 marca 1946. Ze strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza w Jasielu wyrusza około stuosobowy oddział żołnierzy i milicjantów. Opuszczają placówkę, której nie da się już bronić przed atakami ukraińskich partyzantów. Po drodze wpadają w zasadzkę UPA. Większość pojmanych zostaje bestialsko zamordowana. To jedna  z największych klęsk poniesionych przez polskie wojsko w walce z Ukraińską Powstańczą Armią.

W nieistniejącym już, wysiedlonym w ramach akcji „Wisła” , Jasielu stacjonowała grupa około 30 żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza. Praktycznie nie pełnili służby granicznej, kwaterowali w prywatnych domach miejscowych Łemków. Z początkiem 1946 roku sytuacja placówki zaczęła stawać się coraz bardziej dramatyczna. Strażnica była wysepką na terenie prawie całkowicie opanowanym przez sotnie Ukraińskiej Powstańczej Armii. Rwała się łączność z dowództwem batalionu WIP w Komańczy, połączenia telefoniczne były stale przerywane przez operujące w pobliżu grupy UPA, coraz bardziej brakowało amunicji i żywności, żołnierze niemal musieli żebrać o odrobinę jedzenia u miejscowych.

Jeszcze 11 marca, omijając pułapki zastawione przez Ukraińców, do Jasiela udało się dowieźć nieco produktów żywnościowych. Kilka dni później usiłowano naprawić łączność telefoniczną z Komańczą. 16 marca wysłany z Jasiela patrol natknął się na UPA. W zasadzce zginął ppor. Wiesław Zebrzycki. Sytuację pogarszał brak nadziei na konkretną pomoc, dowództwo praktycznie nie reagowało na powtarzające się, coraz bardziej rozpaczliwe monity. Stało się jasne, że w tych warunkach utrzymanie strażnicy jest niemożliwe.

17 marca wieczorem dowódca jasielskiej placówki chorąży Papierzyński poinformował sztab WOP w Zagórzu o gromadzeniu się w pobliżu dużych sił UPA i prosił o zezwolenie na ewakuację do Komańczy trzydziestu przebywających tu żołnierzy. Oprócz załogi Jasiela byli tu także pogranicznicy m.in. z Łupkowa, Radoszyc i Woli Michnowej. Dowódca jednostki w Zagórzu major Friołow wyraził zgodę, polecając, by sformowano oddział, który przeprowadzi sprawną i bezpieczną ewakuację Jasiela.

Masakra

Około siedemdziesięcioosobowy oddział dotarł do Jasiela 19 marca. Następnego dnia planowany był wymarsz do Komańczy. O tym co się działo donosi oficjalny raport WOP:

„W związku z rozkazem o przeniesieniu strażnicy nr. 174 w miejscowości Jasiel do Komańczy Komendant 38 Odcinka mjr Frołow polecił swemu z-cy do spraw pol.-wych. por. Gierasikowi będącemu w dniu 18.03. br. w Komańczy zebrania ze swych strażnic około 80 żołnierzy i udać się z nimi do Jasiela w celu przeniesienia strażnicy do Komańczy. Por. Gierasik zebrał żołnierzy z następujących strażnic: ze strażnicy Komańcza - dwóch strzelców i 4 funkcjon. M.O. ze strażnicy Radoszyce - 12 szereg, i podof. i ppor. Gąska, ze strażnicy Łupków - 15 szereg, i podof., ze strażnicy Wola Michowa - 20 szereg, i podof. i por. Giernatowskiego ze strażnicy Jasiel - 31 szereg, i podof. i chor. Papierzańskiego. Prócz tego wchodzili do tej grupy Szef Sztabu Komendy 38 Odcinka por. Arabski zdający swe obowiązki oraz nowy Szef Sztabu por. Szewczykowski i st. pomocnik Szefa I Wydziału ppor. Myślicki. [...] Do Jasiela [...] przybyli o godz. 13-tej, o czym zameldowali telefonicznie Komendantowi Odcinka. O godz. 14-tej łączność ze strażnicą nr. 174 została przerwana. [...] Po spakowaniu całego majątku strażnicy grupa została rozkwaterowana grupami po 10-15 ludzi w miejscowości Jasiel. Rano 20.03. br. odbyła się zbiórka oddziałów do wymarszu po uprzednim wysłaniu ubezpieczenia na stoki gór. Gdy ubezpieczenie wysunęło się ok. 100 m w przód, otwarty został przez banderowców silny ogień z moździerzy po wiosce. [... ] Banderowcy w sile ok. 1000 ludzi uzbrojonych w CKMy, RKMy, RPPanc, automaty i moździerze 82 mm otworzyli huraganowy ogień i ruszyli do ataku. Żołnierze otworzyli do banderowców ogień ze wszystkiej posiadanej broni, a to 6-ciu RKM-ów, 2 moździerzy 50 mm i automatów. Po walce trwającej przeszło godzinę i wyczerpaniu się amunicji, których żołnierze posiadali do KB po 30-50 sztuk, RKMów 2-3 dyski, automatów po 3 dyski, banderowcy wpadli do wsi strzelając i zarzucając broniących się żołnierzy granatami. Oficerowie i żołnierze nie mając amunicji nie byli w stanie dalej się bronić i zmuszeni byli poddać się. Po rozbrojeniu wszystkich zawiązano ręce drutem telefonicznym i odprowadzono w kierunku wsi Moszczaniec, gdzie w lesie zdjęto ze wszystkich płaszcze i przeprowadzono, przesłuchanie. Po przesłuchaniu oddzielono oficerów i funkcjonariuszy M.O, a osobno żołnierzy poprowadzono do wsi Wisłok Górny, gdzie znajduje się sztab banderowców. W Wisłoku Górnym zamknięto podoficerów i szeregowych w stodole, oficerów zaś w jakimś innym budynku. Dnia 21.03. br. rano odebrano żołnierzom mundury, następnie zaś grupkami rozdzielono po różnych budynkach [...]. Z grupy ludzi ze strażnicy Radoszyce z liczby 11 ludzi zabrano 6-ciu, 5-ciu zaś zostawiono w budynku. [...] Żołnierzy tych poprowadzono do wsi Królik, skąd przybyli w dniu 23.03.1946 do Komendy Odcinka o godz. 5-tej rano. W dniu 22.03.46 r. o godz. 20-tej do Komendy Odcinka w Nowym Zagórzu przyjechał st. strzelec Sudnik, który był obecny w boju w Jasielu. [...] Zeznania Sudnika zgadzają się ze słowami przesłuchiwanych strzelców, podanych w niniejszym raporcie1 . [...] Dnia 23 b.m. o godz. 15-tej powróciło do Komendy Odcinka w Nowym Zagórzu 5-ciu żołnierzy wypuszczonych z niewoli przez banderowców, 6-ciu natomiast jest w drodze do Komendy Odcinka”

Ocalony

Z wyznaczonych do egzekucji żołnierzy ocalał wspomniany w raporcie szeregowy Paweł Sudnik, który tak opisywał dramat:

- „Wszystkim kazali się położyć twarzą do śniegu. Kilku banderowców przystąpiło do zdzierania z nas mundurów. Pierwszego żołnierza wtrącili na dno wykopu i któryś z nich strzałem w tył głowy pozbawił go życia. Potem mnie pchnęli na krawędź wykopu”.

Skrępowany szeregowiec niespodziewanie sam wskoczył do wąwozu. Mimo ostrzału, biegnąć zygzakiem, uszedł pogoni. Ranny w udo i ucho zdołał ukryć się pod obsypanym świeżym śniegiem młodym świerkiem, gdzie przeczekał przejście obławy. Rannemu udało się oddalić od miejsca egzekucji na 12 kilometrów. Jak się okazało doszedł do Jaworowej Woli, tu natknął się na dzieci ścinające gałązki. Uratował go miejscowy chłop Wojciech Szwab, który przyniósł buty i ubranie, następnego dnia zawiózł do Bukowska, skąd przez Szczawne został przetransportowany do Sanoka, następnie do szpitala w Sanoku.

Masakrę pod Jasielem opisał, dokładając sporo literackiej fikcji Jan Gerhard w głośnej książce „Łuny w Bieszczadach”. W filmowej ekranizacji powieści „Ogniomistrz Kaleń” pierwowzorem tytułowego bohatera, który umyka rzezi jest właśnie Sudnik. Prawdziwy ocalony miał później poważne problemy z prowadzącymi śledztwo w sprawie masakry funkcjonariuszami UB, zmarł w 1984 roku.

Nie upłynęło kilka dni, a w pobliżu doszło do kolejnej tragedii. 26 marca w zasadzkę wpadł kolejny oddział, znów zginęło kilkadziesiąt osób.

Ekshumacja

Placówka w Jasielu, podobnie jak i inne okoliczne, przestała istnieć. Ocaleli z masakry i wypuszczeni na wolność żołnierze jeszcze przez kilka dni wracali do swoich. Na ekshumację poległych trzeba było czekać do czerwca 1946. Zachował się protokół z odkopania zwłok i powtórnego pochówku:

„W sobotę dnia 15.VI.1946 komisja składająca się z 5 oficerów i 28 żołnierzy na czele z prowadzącym żołnierzem, który znał miejsce, ponieważ uciekł z miejsca mordu, postanowiła stwierdzić, czy faktycznie w miejscu tym znajdują się pomordowani. O godz. 12.15 przybyliśmy na miejsce, które znajdowało się w górzystym niedużym świerkowo-sosnowym lasku, oddalonym o 1 km od ostatniego domu wsi Wisłok1 zam. przez ludność ukraińską. Po przebyciu 500 m laskiem znaleźliśmy się w małej kotlinie, którą dzielił od drogi olbrzymi parów i tutaj żołnierz prowadzący wskazał miejsce, gdzie mają się znajdować ciała pomordowanych. Odkopaliśmy łopatkami jamę o średnicy 75 cm i natrafiliśmy na ręce i klatkę jednego z pomordowanych. Ręce te były skrępowane powrozem, a ciało pokryte już białym ześlimaczałym naskórkiem. Zrobiliśmy zdjęcie owego miejsca, po czym przykrywszy i zamaskowawszy jak było poprzednio t.j. mchem i opadłymi liśćmi ? odeszliśmy. [... ] Podczas trzech dni przygotowywaliśmy skrzynie, wozy, samochody i wyruszyliśmy w środę o godz. 7 rano po zwłoki. Miejsce ubezpieczyliśmy 100 żołnierzami, po czym przystąpiliśmy do wydobywania zwłok. 30 cm od powierzchni znajdowała się pierwsza warstwa zwłok. Połowa drugiej warstwy miała powiązane ręce i nogi, niektórzy nawet drutem, natomiast druga połowa miała skrępowane tylko ręce, skąd wyciągnęliśmy wniosek, że z chwilą ucieczki strz. Sudnika banderowcy poczęli krępować nogi, żeby zapobiec wypadkom ucieczki. W trzeciej warstwie znajdowały się 3 ciała, które miały na szyjach paski, lecz lekarz stwierdził że powieszeni nie byli, natomiast byli niemożliwie zmasakrowani. Niektóre zwłoki nie miały oczu i nosów. Po załadowaniu zwłok po trzech do jednej skrzyni przewieźliśmy je furmankami, później samochodami do Nowego Zagórza, gdzie przełożyliśmy zwłoki do trumien. [...] Dnia 20.VI.1946 r. o godz. 15 przybyły na cmentarz władze wojskowe, cywilne, różne organizacje, szkoły i ludność miejscowa. Tamt. ks. proboszcz odprawił ceremonię pogrzebową. Na zakończenie orkiestra zagrała hymn państwowy, komp. honorowa oddała trzykrotną salwę na cześć poległych, a równocześnie buczały wszystkie syreny znajdujące się w Nowym Zagórzu. Z 36 wydobytych zwłok dwoje zostało rozpoznanych przez rodzinę i zabrane. Byli to milicjanci z Komańczy”.

W czasie ekshumacji odkryto ciała tylko części zaginionych żołnierzy. Wciąż nieznany jest los trzydziestu z nich…

Szymon Jakubowski

 

 

 

.

_

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe