Tragedia na planie "997"

  • 9.01.2019, 12:30 (aktualizacja 09.01.2019 12:35)
Tragedia na planie "997"

   Było przed godziną 10. – 10 stycznia 1991 – gdy okolicami Cisnej wstrząsnął potężny huk. Zaledwie sto metrów od miejsca startu roztrzaskał się śmigłowiec Mi-8T ze 103 Pułku Lotniczego Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych MSW. Zginęło 10 osób, większość stanowili policjanci biorący udział w rekonstrukcji zdarzeń na potrzeby telewizyjnego programu 997.

  O tym, że w okolice Cisnej przyjeźdża ekipa niezwykle wówczas popularnego programu, którego zadaniem było rozwiązywanie zagadek kryminalnych, wiedzieli wszyscy w okolicy. Nie brakowało więc gapiów, którzy przyszli na żywo obserwować inscenizację bulwersującego wydarzenia sprzed paru miesięcy, gdy znaleziono tu skrzynię ze zwłokami kobiety. Dodatkową atrakcją był fakt, że prowadzący program Michał Fajbusiewicz wraz ze współpracownikami przyleciał ciężkim śmigłowcem należącym do Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

  Tradycją przy kręceniu kolejnych odcinków Magazynu Kryminalnego 997 była obecność na miejscu policjantów z okolicznych jednostek. Z jednej strony służyli Fajbusiewiczowi wiedzą na temat prowadzonego przez nich śledztwa, z drugiej czasem nawet statystowali. Nie inaczej było tym razem. Na miejscu znaleźli się funkcjonariusze nie tylko z Leska czy Cisnej, ale i z ówczesnej Komendy Wojewódzkiej Policji w Krośnie.Kto wpadł na pomysł krótkiego, nieplanowanego lotu, nie wiadomo. Według jednej z relacji Fajbusiewicz spóźniał się na miejsce, ktoś przekonał pilotów, żeby zrobił kółko nad górami i obejrzeć piękno Bieszczadów z lotu ptaka. Chętnych było więcej niż miejsc. Ostatecznie do śmigłowca oprócz dwóch pilotów i technika wsiadło sześciu funkcjonariuszy i jeden cywilny pracownik policji.Pogoda wydawała się dobra do krótkiego lotu, mimo, że wcześniej na trasie z Krosna dochodziło do chwilowych załamań aury.

Na ratunek było za późno

  Helikopter wystartował kierując się doliną Solinki. Ci którzy obserwowali lot zauważyli, że dosłownie po trzech, czterech minutach z maszyną zaczęło dziać się coś dziwnego. Wynurzyła się zza wzgórza lecąc niemal do góry kołami. Nagle helikopter gwałtownie obniżył lot, słychać było huk, a z lasu zaczął wydobywać się dym.Ktoś zaczął krzyczeć, że śmigłowiec się rozbił. Natychmiast w tamtym kierunku zaczęli biec wszyscy świadkowie, w mgnieniu oka uruchomiono straż pożarną, straż graniczną i ratowników Górskiego Pogotowia Ratunkowego. Ci co biegli na miejsce wypadku mieli jeszcze nadzieję, że załoga i pasażerowie przeżyli, że to tylko jakaś awaria.Widok był porażający. Ogon helikoptera w strumieniu, kadłub wbity w ziemię. Wokół pogięte blachy, połamane drzewa. Elementy wyposażenia rozrzucone w promieniu stu metrów.

  Ci którzy dotarli pierwsi nawoływali, sprawdzali czy ktoś w środku zdruzgotanej maszyny odpowie. Niestety, zobaczyli tylko martwe ciała, obok dokumenty, teczki – o dziwe całe, niezniszczone. Nikomu nie można już było pomóc. Co gorsza maszyna zaczyna nagle płonąć, ludzie usiłowali gasić ogień zalegającym wokół śniegiem, by pożar się nie rozprzestrzenił.Gdy na miejsce dojeźdzały ekipy ratownicze śmigłowiec był już płonącą, rozkawałkowaną kupą złomu.

  Informacja o tragedii szybko obiegła cały kraj kraj. Podały ją Polska Agencja Prasowa i Polskie Radio. Podawane na bieżąco wiadomości były nieścisłe. Mówiono, ze w katastrofie zgineła cała ekipa przygotowująca program. Michał Fajbusiewicz opowiadał później, że jego najbliźsi przez kilka godzin byli pogrążeni w rozpaczy przekonani, że zginął. Zresztą, gdyby nie zdjęcia „na dole“ on też mógłby znaleźć się w maszynie. Mimo upływu lat wciąż nie do końca wiadomo co było przyczyną tragedii: chmury nad lasem, mgła, silniejszy wiatr, rutyna pilota? Jeszcze niedawno miejscowi znajdowali w okolicznym lesie szczątki helikoptera.

  Rok po katastrofie w tym miejscu powstał obelisk. Jednym z inicjatorów był policjant, który chciał polecieć nad Bieszczadami z ośmioletnim synem. Był jednak po wypadku, miał trudności z chodzeniem, odradzono mu. Być może jego właśnie miejsce z kolei zajął komendant posterunku w Cisnej Zdzisław Marciniak, który wsiadł do maszyny niemal w ostatniej chwili. gdyby spóźnił się kilka minut nie poleciałby. I by przeżył. Co roku w Święto Zmarłych, Święto Policji i rocznicę katastrofy w Dołżycy spotykają się rodziny zabitych, koledzy z pracy, okoliczni mieszkańcy. Pamięć o wydarzeniu sprzed ponad 20 lat jest wciąż żywa.

Rozwiązana zagadka

  Tragedia przyćmiła temat realizowanego wówczas programu. A sprawa była bulwersująca. Zaczęło się 25 listopada 1990 roku. Mieszkaniec Dołżycy wracając z głosowania (odbywały się wówczas wybory prezydenckie) zauważył leżącą niedaleko drogi drewnianą skrzynię. Z ciekawości otworzył ją. Z przerażeniem zobaczył w środku zwłoki. Krośnieńscy policjanci, którzy przejęli śledztwo ustalili, ze to ciało zaginionej kilka tygodni wcześniej 57-letniej Alfredy K.

  Kobieta była znaną w Rzeszowie cinkciarką handlującą walutą w pobliżu ówczesnego Peweksu. Nazywano ją „chodzącym kantorem”. Obracała dużymi kwotami pieniędzy, więc za najbardziej prawdopodobny motyw zabójstwa przyjęto – jak się okazało słusznie – rabunek.Prowadzący postępowanie policjanci zwrócili uwagę na kawałki miękkiej płyty pilśniowej, którą nadbudowano skrzynię by zmieściły się w niej zwłoki. Ich uwadze, gdy penetrowali okolice rzeszowskiego Peweksu, nie umknęło, że tak samo pomalowana była reklama bufetu w pobliskim Zakładzie Doskonalenia Zawodowego.

  Prowadzący bufet młody człowiek szybko przyznał się do winy. W szczegółach opowiadał jak zamówił u kobiety pięć tysięcy dolarów. Gdy ta przyszła sfinalizować transakcję, udusił ją. Ciało początkowo trzymał w zamrażarce. Później zapakował do skrzyni i przy pomocy nieświadomych niczego uczniów przeniósł do samochodu i wywiózł w Bieszczady. Sąd uznał go winnym i skazał na 25 lat więzienia..

Ofiary tragedii:

– aspirant Zdzisław Marciniak z Komendy Rejonowej Policji w Lesku

– starszy sierżant Roman Górecki z Komendy Rejonowej Policji w Lesku

– sierżant Bogusław Szuba z Komendy Rejonowej Policji w Lesku

– posterunkowy Jacek Typrowicz z Komendy Rejonowej Policji w Krośnie

– posterunkowy Marek Buda z Komendy Rejonowej Policji w Krośnie

– podkomisarz Marek Pasterczyk z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krośnie.

– Kazimierz Wajda, pracownik Komendy Wojewódzkiej Policji w Krośnie

– kapitan pilot Paweł Prorok, dowódca załogi śmigłowca

– starszy chorąży pilot Roman Pakuła, drugi pilot śmigłowca

– młodszy chorąży Jacek Główka, technik pokładowy.

_
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe