Tyle można by o nim napisać najkrócej i zamknąć tekst w czarne ramki harcerskiego nekrologu. Warto jednak powiedzieć o nim więcej, choć trochę, bo o jego pracowitym życiu i nieprzeciętnej osobowości można by napisać książkę. Jestem dumna z długotrwałej z nim znajomości, współpracy i przyjaźni umocowanej w harcerskim braterstwie.
W harcerskim mundurze przez życie

Byliśmy rówieśnikami i w tym samym czasie stawialiśmy pierwsze kroki na drodze instruktorskiej. W 1945 roku Wojtek został drużynowym I Rzeszowskiej Drużyny Harcerzy „Czarnej Jedynki” o specjalności lotniczej. Drużyna często odbywała zbiórki na lotnisku w Jasionce, gdzie harcerze zapoznawali się z lotnictwem i wykonywali różne prace. „Czarna Jedynka” działała do 1949 roku, to jest w czasie likwidacji ZHP. Wbrew nakazowi ówczesnych władz politycznych Wojtek nie zdał sztandaru drużyny, mimo grożących za to represji. Dzięki niemu dziś ten historyczny sztandar możemy oglądać w Muzeum Historii Miasta w Rzeszowie.
Po ukończeniu studiów Wojtek podjął pracę zawodową w Kraśniku Fabrycznym i tu znów rzucił się w wir pracy społecznej na niwie harcerskiej w odrodzonym – 1956 roku – Związku Harcerstwa Polskiego. Swój żywioł powietrza zmienił w żywioł wody, a skrzydła samolotu na żagle. Organizował i prowadził harcerskie wyprawy wodne, jak rejs Dunajem, obóz wędrowny na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich, szkolił i wychowywał młodych adeptów sztuki żeglowania. Sam zaś wypuszczał się na szerokie wody, uczestniczył w rejsach morskich na Bałtyku, Adriatyku, Morzu Śródziemnym i Czarnym. Jako instruktor harcerski pełnił różne funkcje związane z tą specjalnością, wszystkich wymienić jest mi trudno. W latach 1957–1969 prowadził drużynę żeglarską, a następnie Szczep Drużyn Żeglarskich w Kraśniku Fabrycznym.
Po powrocie do Rzeszowa był drużynowym 17 Drużyny Żeglarskiej im. Leonida Teligi przy Technikum Mechaniczno-Elektrycznym, był zastępcą pilota chorągwi, inicjatorem powstania i pierwszym komodorem Harcerskiego Klubu Żeglarskiego „Wodnik” przy Komendzie Chorągwi, komandorem i następnie przewodniczącym Harcerskiego Kręgu Morskiego im. gen. Mariusza Zaruskiego.
Jako instruktor, wychowawca i wódz kultywował skautowe i harcerskie tradycje, zwyczaje, obrzędy, przestrzegał regulaminów i metod pracy harcerskiej, przy tym był pełen pomysłów, podejmował wciąż nowe inicjatywy, a co najważniejsze, wytrwale i z wielkim osobistym zaangażowaniem doprowadzał do końca każde podjęte zadanie. Niekiedy, bez dostatecznej pomocy i przy braku środków finansowych, wykonywał wielką pracę i dokładał do niej z własnej kieszeni. Starał się, by harcerze mieli odpowiednią bazę dla swej działalności, inicjował budowę stanic wodnych, Domów Harcerza, troszczył się o rozwój harcerskiej floty.
Inną dziedziną zaangażowania i polem działalności Wojtka było popularyzowanie i utrwalanie pamięci o ważnych w historii harcerstwa wydarzeniach i postaciach jego bohaterów. Organizował poświęcone im spotkania, sesje, wystawy, zabiegał o ich trwałe upamiętnienie i przyczyniał się do tego swoją pracą. Przypominam sobie, że przed wieloma laty, w czasach PRL-u, kiedy tego rodzaju inicjatywa nie była dobrze widziana, bardzo mu leżała na sercu sprawa odbudowy pomnika Leopolda Lisa-Kuli, bo to przecież i bohater narodowy, i jeden z pierwszych rzeszowskich skautów. Wreszcie pułkownik zwycięsko stanął na cokole, w czym Wojtek miał swój udział.
Dzięki niemu powstało wiele pamiątkowych tablic, w Rzeszowie na przykład umieszczonych na budynku teatru im. W. Siemaszkowej, z których jedna upamiętnia pobyt Andrzeja Małkowskiego i założenie pierwszej drużyny skautowej, a druga jest ku czci Olgi i Andrzeja Małkowskich, czy poświęconych wybitnym, zasłużonym instruktorom harcerskim Stanisławowi Nowakowskiemu i Józefowi Kretowi. Okazałą harcerską lilijką przyozdobił Wojtek grób swojej żony Haliny, a drugi egzemplarz tej odznaki – dar Wojtka – stanowi główny element pomnika – pamiątki stulecia polskiego harcerstwa, znajdującego się w parku przy ulicy Pułaskiego. Kilka harcerskich miejsc pamięci powstało dzięki niemu w innych miejscowościach, w Kraśniku Fabrycznym, w Chersoniu na Ukrainie czy w Zakopanem.
Strażnik pamięci o gen. Zaruskim

Ideałem Wojtka i szczególnie przez niego cenionym wzorem osobowym był generał Mariusz Zaruski. Całym sercem zaangażował się w poszukiwanie miejsca jego pochówku w Chersoniu i sprowadzenie prochów generała do Polski. Okazało się to niemożliwe mimo usilnych starań. A Wojtek tak bardzo chciał spełnić jego życzenie wyrażone w słowach wiersza „Chciałbym swój w Tatrach mieć grobowiec…”.
Przywiózł więc ziemię z miejsca domniemanego grobu generała w Chersoniu i zorganizował uroczystości przekazania urn z symbolicznymi prochami i ich pochowania w Zakopanem i w Gdyni, w wodach Bałtyku. Pełnym sukcesem zakończyła się zainicjowana i prowadzona przez Wojtka akcja, której celem było wykonanie dzwonu pamięci „Generał Zaruski” dla kościoła w Chersoniu.
Piękny i okazały dzwon, zaprezentowany wcześniej na uroczystości w Rzeszowie, popłynął żaglowcem „Zawisza Czarny” przez Morze Czarne do Chersonia, gdzie odbyła się wielka ceremonia przekazania dzwonu tamtejszej parafii. Dzięki staraniom Wojtka do tamtejszego kościoła trafiły cenne dary ubogacające wystrój i liturgię tej odradzającej się świątyni.
Cała działalność związana z generałem Zaruskim, utrwalona w fotografiach, dokumentach, opisach, została przedstawiona na planszach, w formie wystaw i na łamach Biuletynu Morskiego Kręgu Harcerskiego w Rzeszowie. Projektodawcą i głównym wykonawcą wystaw był oczywiście Wojtek, on też był redaktorem i autorem większości tekstów wspomnianego Biuletynu. Dzięki Wojtkowi powstało jeszcze kilka innych wystaw prezentujących historię rzeszowskiego harcerstwa, harcerskiego żeglarstwa i sylwetki wybitnych instruktorów.
Harcerski duch
Na zbiórkach Wojtkowego Kręgu panował harcerski duch, przejawiający się w stosowaniu tradycyjnych form, obrzędów, no i oczywiście w pieśniach, bo wszędzie, gdzie był Wojtek, rozbrzmiewał jego mocny, niski głos dominujący w każdym chórze, często także śmiech, bo on odznaczał się też poczuciem humoru i darem gawędzenia. Miło było słuchać jego „morskich opowieści”. Za podtrzymanie idei puszczańskiej, tradycji, obrzędów został mu przyznany Znak Najwyższego Uznania Puszczy – imię „Jasny Grom”.
Wojtek lubił przebywać wśród harcerskich braci. Uczestniczył w Ogólnopolskich Chorągwiach Złazach Harcerskich Seniorów, nawet gdy to wymagało dużo wysiłku z jego strony. Siłą ducha pokonywał trudny, przezwyciężał kiepską kondycję. Podziwiałam go, gdy sam (bo zwykle towarzyszyła mu Kasia) przyjechał do Rzeszowa z Wrocławia na pogrzeb przyjaciela. Z udziału w ostatnim Złazie Seniorów w Gdyni na stulecie harcerstwa polskiego zrezygnował w ostatniej chwili ze względu na stan zdrowia. Zawsze już będzie nam go brakowało na naszych spotkaniach harcerskich weteranów.
Życie osobiste

Chciałabym – muszę – dodać jeszcze trochę ciepłych barw do portretu Wojtka. O Wojtku i Halinie – jego żonie. Ach, jak oni się kochali! Poznali się jeszcze w latach szkolnych. Była też harcerką, później instruktorką, drużynową, żeglarką, pełniła też inne funkcje u boku męża. Mieli wspólne pasje i dwóch synów. Mówił do niej Halinka, moja Halinka, lub Halusia i tak się do niej zwracał. Razem żeglowali przez akweny i życie. W ich szczęściu zdarzyło się jednak nieszczęście. Halina po udarze została częściowo sparaliżowana i utraciła zdolność mówienia.
On rozumiał ją sercem. Do końca jej życia opiekował się nią z największą troskliwością i czułością. Czynił, co tylko było możliwe, by ulżyć jej w cierpieniu, ułatwić i rozpogodzić jej życie. Przystosował samochód do jazdy z wózkiem inwalidzkim, zabierał ją na wycieczki, odwiedzili nawet Zlot Harcerstwa Polskiego w Zegrzu. Byłam zaskoczona, gdy ich tam spotkałam.
– Chciałem, aby Halinka miała jakieś urozmaicenie w życiu. By mogła zaczerpnąć łyk harcerskiego życia i cieszyć się przyrodą – powiedział do mnie Wojtek. Nie było mu łatwo. Opieka nad Haliną była najcięższą próbą w jego życiu i przeszedł ją w sposób godny podziwu. Myślę, że pomocą była mu jego głęboka religijność. Często przyjmował Komunię Świętą, na spotkaniach harcerskich intonował pieśni religijne od „Kiedy ranne wstają zorze” po wieczorną „…Bóg jest tuż”. Jego religijność była wyraźna, a zarazem taka szczera i naturalna, że nikogo to nie raziło. Należał do Bractwa Świętego Józefa przy swoim kościele parafialnym na Staromieściu. Krótko mówiąc – pełnił służbę Bogu zgodnie ze złożonym w młodości Przyrzeczeniem Harcerskim. Może więc niebo nagrodziło go Kasią – drugą żoną, też harcerką i żeglarką, która stała się dla niego podporą, gdy po kilku poważnych operacjach sam potrzebował wsparcia i opieki.
Czas na podsumowanie. Długo można by jeszcze wymieniać przymioty charakteru Wojtka, niewątpliwie należały do nich: wierność przyjętym zasadom, pracowitość, kreatywność, wytrwałość w dążeniu do celu, bezinteresowność, hart i pogoda ducha, życzliwe nastawienie do ludzi i świata.
Po śmierci Wojtka Kasia powiedziała: Dziękuję Bogu za dany mi czas bycia z Wojtkiem, za jego miłość, dobroć i mądrość, z których czerpałam, i za wspomnienia, jakie mi pozostawił.
I my, którzy go znaliśmy, dziękujemy za jego życie, za przykład, jaki nam dał. On, który wiedział, jak być harcerzem, jak po harcersku żyć. Nie powiem – odszedł. Odpłynął. Żegluje po Oceanie Nieba ku archipelagowi wysp Wiecznej Szczęśliwości. Jest i będzie w naszych myślach, wspomnieniach, w naszej pamięci i w sercach.
Wojtku! ahoj! Czuwaj!













Napisz komentarz
Komentarze