1981. Bunt w rzeszowskim więzieniu

 

więzienia3

Jesienią 1981 roku kilkunastu więźniów Zakładu Karnego w podrzeszowskim wówczas Załężu wszczęło spektakularny bunt. Przez kilka dni okupowali komin domagając się zwrócenia uwagi na rzekomo dotykającą ich niesprawiedliwość. Protest, mimo, że był jednym tylko z bardzo wówczas licznych przejawów społecznych niepokojów, odbił się szerokim echem.

Więzienne bunty nie były w tamtym okresie czymś wyjątkowym. Wręcz przeciwnie. Jak podawała ówczesna „Polityka” w 1981 roku (tylko do października) niepokoje objęły 109 z 146 istniejących zakładów. Brało w nich udział 47 tysięcy osadzonych na 72 tysiące wszystkich siedzących za kratami. Ale właśnie rzeszowski protest wywołał największą  konsternację władz ze względu na miejsce jego przeprowadzenia. Zakład Karny w Załężu był wówczas nowoczesnym obiektem, niedawno oddanym do użytku, mającym status pierwszej kategorii, o silnym zabezpieczeniu technicznym oraz licznej załodze. Ów zakład, jak większość więzień, podzielony był na trzy sektory funkcjonalne, a to: teren administracyjny, teren ścisły (więzienny) i teren gospodarczy. Owe sektory oddzielone były od siebie stosownym ogrodzeniem i strzeżone przez funkcjonariuszy. Mimo to protestujący potrafili pokonać zabezpieczenia.

Początek protestu

Bunt spotkał się (co było nowością) z dużym zainteresowaniem ówczesnej prasy. Dziennikarz rzeszowskich „Nowin” Andrzej Zabierowski pisał:

Takiego jednak [protestu – red.] nie było jeszcze nigdzie w skali całego kraju. Nie myślę w tym momencie o merytorycznych zagadnieniach akcji protestacyjnej więźniów przebywających w areszcie śledczym w Załężu k. Rzeszowa. Bulwersował wszystkich sposób jej prowadzenia. Nigdzie bowiem nie odbywała się ona na szczycie 50-metrowego komina.

Bunt rozpoczął się w niedzielę, 15 listopada, w czasie przedpołudniowego spaceru. W pewnym momencie, kilkunastoosobowa grupa więźniów, wykorzystując nieuwagę strażników, sforsowała ogrodzenie i zaczęła wspinać się na komin wewnętrznej kotłowni. Kilku z nich strażnikom udało się zatrzymać, ale ostatecznie na czymś w rodzaju galerii komina rozsiadło się jedenastu osadzonych. O tym, że protest musiał być wcześniej przygotowany świadczyły wywieszone transparenty z napisami: „Precz z prawem, które jest bezprawiem” i „Głodujemy!”.

Wydarzenie zelektryzowało władze więzienne, wszystkich szczebli, bo czas był bardzo niespokojny, w którym z pozoru błahy incydent, wywoływał poważne skutki społeczne. Dla kierownictwa Zakładu Karnego w Rzeszowie, był to szczególny problem i kompromitacja zarazem. No, bo jakże to mogło się stać, że zabezpieczenia więzienia pierwszej kategorii stanowią takie „sito”.

Ostre pogotowie

Naczelnik więzienia, mjr Włodzimierz Kroczek, ogłosił alarm i zarządził „ostre pogotowie” w zakładzie. Powołał sztab kryzysowy, bo, mimo iż siedmiu skazanych przebywających na kominie, osobiście nikomu nie mogło zagrozić, to jednak, w owym czasie, mogli być detonatorem wybuchu buntów nie tylko w zakładach karnych, ale i „na zewnątrz”.

Major Kroczek miał szczególny powód do niepokoju, bo nieopodal komina, w pawilonach więziennych miał ponad tysiąc więźniów, osadzonych za mniejsze i większe przewiny, stanowiących „beczkę prochu”, która w  każdej chwili mogła wybuchnąć. Ale póki co, osadzeni w pawilonach więziennych, nie podejmowali poważniejszych akcji, tylko bili brawa „bohaterom” na kominie. Jak się wkrótce okazało, nie wszyscy z nich solidaryzowali się z buntownikami. Pewna część osadzonych miała przekonanie, że wojowanie z porządkiem prawnym nic dobrego im nie przyniesie, obawiali się też dotkliwych represji ze strony służb więziennych.

Zastępcy naczelnika – mjr Mieczysław Bajda i mjr Józef Reizer – podjęli intensywne działania stymulujące nastroje skazanych pozostających w pawilonach mieszkalnych. Działali skutecznie. Ogólny bunt skazanych – na szczęście – nie wybuchł. Większość więźniów przyłączyła się natomiast do strajku głodowego. W sztabie kryzysowym padały różne propozycje, odnośnie ściągnięcia skazanych z komina, którzy postawili żądania o charakterze politycznym, socjalnym i prawnym, które korespondowały z postulatami „Solidarności”.

Bardziej radykalni funkcjonariusze, proponowali, aby użyć motopompy i zlać buntowników wodą, co powinno ich skłonić do zejścia na ziemie. Inni proponowali, aby ich ignorować i sami zejdą, gdy zmarzną. Psycholog oferował własne usługi mediacyjne. Wkrótce dyskusja stała się bezprzedmiotowa, bo do akcji włączyła się Warszawa i ku zdumieniu funkcjonariuszy, nakazała spełniać życzenia buntowników.

Niemal na samym początku spełniono pierwsze żądania protestujących: dostarczenie koców i ciepłej odzieży oraz gorących napojów. Takie traktowanie buntowników wywołało konsternację wśród samych strażników, którzy obawiali się, iż zbyt humanitarne podejście do więźniów doprowadzi tylko do eskalacji żądań i przedłuży protest.

„Ludzie z komina”

Mimo, że lokalne władze więzienne wprowadziły swoiste embargo informacyjne, utrudniając pracę nawet przedstawicielom oficjalnych przecież mediów, o buncie szybko dowiedziała się rzeszowska ulica. Więzienia nie dało się w pełni odizolować. Transparenty widoczne były chociażby z okien przejeżdżających obok autobusów. Reakcje miejscowych były różne, obawiano się przede wszystkim przeniesienia konfliktu poza mury więzienia.

Niezrozumiała dla tutejszych strażników decyzja Warszawy o podjęciu negocjacji prawdopodobnie wynikała z chęci medialnego rozegrania buntu. Była to pewna przeciwwaga dla licznych wówczas strajków i protestów społecznych.

Skazani na kominie, znakomicie spełnili role tematu zastępczego. Szybko stali się „gwiazdorami” mediów krajowych i zagranicznych. Wiadomości rozpoczynały się od informacji, co się dzieje w Zakładzie Karnym na Załężu. O „kominie” mówiono w Moskwie i w Waszyngtonie.

Na Zachodzie ugodowa postawa władz polskich, wobec żądań skazanych, wytrącała – w mniemaniu notabli – z „propagandzistów antysocjalistycznych”, argument o represyjności reżimu gen. Jaruzelskiego, skoro tak łagodnie postępowano z buntownikami więziennymi.

Redaktorowi Andrzejowi Zabierowskiemu, który na miejscu spędził kilka dni, udało się, nieoficjalnymi kanałami zebrać informacje o „ludziach z komina”. Większość z nich stanowili recydywiści z dość poważnymi wyrokami. Dziennikarz opisywał na łamach „Nowin”:

C.R. – odbywa czwarty wyrok, w wymiarze 4 lat pozbawienia wolności za szczególnie zuchwałe włamanie i pobicie. J.C. – także czwarty wyrok. 10 lat za włamanie. M.G. – pierwszy wyrok, 2 lata pozbawienia wolności za pobicie. J.J. – karany po raz piąty. 6 lat pozbawienia wolności za rozbój. M.H. – drugi wyrok. 7 lat za oszustwo. E.K. – trzeci wyrok. 15 lat pozbawienia wolności za rozboje. K.K. – szósty raz w zakładzie karnym. 8 lat za kradzież, zuchwałe włamanie, czynną napaść na funkcjonariusza MO i podpalenie. R.Ł. – szósty wyrok. 8 lat za kradzież, włamanie i rozbój. M.Sz. – trzeci raz odbywa karę 5 lat pozbawienia wolności za włamanie i rozbój. S.Z. – trzeci wyrok. 10 lat za kradzież, włamanie i rozbój. Z.Z. – drugi wyrok. 7 lat za rozbój.

 Negocjacje

Władze poważnie podeszły do rozmów z protestującymi. Powołano specjalną komisję negocjacyjną, na czele której stanął przybyły z Warszawy wiceszef Centralnego Zarządu Zakładów Karnych płk Julian Petrykowski, dysponujący pełnomocnictwami ministra sprawiedliwości. W jej skład wchodzili również przedstawiciele miejscowej prokuratury i sądu wojewódzkiego i lokalnych władz więziennych. Protestujący wymusili, by w rozmowach wzięli udział także przedstawiciele „Solidarności” oraz duchowieństwa. Za stołem negocjacyjnym usiedli więc sędzia Eugeniusz Ferenc (z ramienia „S”) oraz proboszcz rzeszowskiej Fary ks. Jan Stączek.

Pozostających na kominie protestujących reprezentowali w czasie bezpośrednich rozmów ich koledzy pozostali w celach. „Nowiny” podawały skład owego „komitetu protestacyjnego” posługując się inicjałami więźniów:

– I.J. – ósmy raz karany, wyrok 5 lat za włamania. J.H. – trzeci wyrok, 8 lat za rozbój. M.S. – czwarty raz karany, wyrok 13 lat za włamanie powyżej pół miliona złotych. B.C. – dotychczas nie karany, wyrok 12 lat za poważną kradzież mienia społecznego (sprawa aferowa). S.P. – trzeci wyrok, 6 lat za włamanie. Z.K. – trzeci wyrok, 8 lat pozbawienia wolności za rozbój.

 Co ciekawe protest w Załęzu w żaden sposób nie był związany z warunkami tu panującymi, postulaty miały znacznie szerszy charakter. Zresztą wszyscy buntownicy trafili tu stosunkowo niedługo wcześniej, z innych zakładów rozsianych po całej Polsce, m.in. Goleniowa, Wiśnicza, Czarnego, Nowogardu. Wszyscy byli „weteranami” buntów w poprzednich miejscach osadzenia.

W czasie rozmów więźniowie wylewali żale na cały system sprawiedliwości i penitencjarny. Jeden z nich mówił:

Przywieziono nas tu, by ukryć świństwa funkcjonariuszy w tamtych zakładach. Za dużo wiedzieliśmy.

 Andrzej Zabierowski pisał o postulatach protestujących:

Żądano rewizji wszystkich wyroków z lat 1970-81, nowelizacji przepisów kodeksu karnego – ze szczególnym uwzględnieniem art. 60 kk (kwestia recydywy, a co za tym idzie wysokości wymiaru kary), amnestii lub obniżenia kary we wskazanych konkretnie przypadkach, zlikwidowania tak modnych w latach siedemdziesiątych ośrodków przystosowania społecznego dla recydywistów i skorygowania nieprawidłowości występujących w zasadach udzielania warunkowych, przedterminowych zwolnień po odbyciu części kary.

Jeden z protestujących więźniów mówił w czasie negocjacji:

– Jeżeli sprawy praworządności w zakładach nie ruszą z miejsca, dalej będą bunty. Nie można sobie bowiem pozwolić, by sędziowie uzasadniając wyroki pisali: „nie ma wprawdzie wystarczających dowodów winy, ale skazany jest recydywistą”. Nie siedzimy tu za przestępstwa, tylko za przeszłość.

Rzeszowski bunt trwał łącznie cztery doby. Ostatnia, siedmiogodzinna tura negocjacji, miała miejsce 18 listopada. Ustalenia z jednej strony były bardzo ogólnikowe, z drugiej jednak wyraźnie zadowoliły więźniów, którym chyba najbardziej zależało na wyrażeniu swego niezadowolenia niż załatwieniu konkretnych spraw.

Koniec buntu

Komisja przyjęła więc wszystkie postulaty do wiadomości, zobowiązując się do ich przedstawienia ministrowi sprawiedliwości „celem uwzględnienia ich przy pracach nad nowelizacją przepisów karnych”. Rzeszowski sędzia penitencjarny miał w ciągu 14 dni dokonać weryfikacji warunkowych zwolnień w stosunku do wszystkich osadzonych w Załężu, by ci, którym należało się warunkowe zwolnienie, skorzystali z niego. Zapewniono też więźniów, że każdy zgłoszony przypadek łamania prawa przez funkcjonariuszy MO i służby więziennej zostanie zgłoszony prokuratorowi generalnemu, a winni będą ukarani.

Protest dobiegał końca. Dziennikarz „Nowin” relacjonował:

I znów udaliśmy się pod komin. Po oświetleniu go przez silne reflektory straży pożarnej, w asyście karetki pogotowia i lekarza, o godzinie 17.04 zszedł z komina pierwszy więzień. Po szesnastu minutach – wszyscy byli już na dole. Tym, którzy nie byli w stanie zejść sami, pomagano linami i pasami bezpieczeństwa. Wszystkich przewieziono do izby chorych, gdyż byli znacznie osłabieni przez głodówkę i niską temperaturę powietrza.

Skazani schodzili z galerii komina w glorii chwały w oczach półświatka przestępczego. I chyba też jako zwycięzcy protestów, mimo, że później – jak się okazało – nikt specjalnej wagi do uzgodnień. Za niespełna miesiąc ogłoszony został Stan Wojenny, władze miały już na głowie inne problemy, zaś samo więzienie w Załężu „witało” sporą grupę nowych „pensjonariuszy”, którymi byli internowani członkowie NSZZ „Solidarność

Gdy ucichł rozgłos „komina”, zwolennicy teorii spiskowych, zaczęli się dopatrywać prowokacji i przyczynku do tego wydarzenia. Takie rozumowanie miało swoją logikę, bo w tym całym wyczynie skazanych zbyt dużo było przypadków, które złożyły się na powodzenie ich akcji. Jak chociażby to, że była słaba ochrona spacernika i niedomknięta brama pancerna oddzielająca teren gospodarczy, od „ścisłego’. Tego nawet nie próbowano udowadniać. Natomiast za brak nadzoru, kierownik działu ochrony stracił zajmowane stanowisko pracy, a kilku innych funkcjonariuszy otrzymało pomniejsze kary dyscyplinarne.

Niespełna dekadę później, już w nowej rzeczywistości, po upadku PRL, polskimi więzieniami wstrząsnęła kolejna fala buntów. Więźniowie spodziewali się, że w raz ze zmianą ustroju nastąpi powszechna amnestia. Jej brak wywołał frustrację, Doszło do krwawych protestów, m.in. w Czarnem, Nowogardzie, Wiśniczu i wielu innych miejscach. Kilka osób zginęło…

Stanisław Januś

Fot. archiwum

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij