6.07.1940. Pierwsza ucieczka z Auschwitz. Uciekł Tadeusz Wiejowski z Kołaczyc.

6 lipca 1940 roku, zaledwie trzy tygodnie po dotarciu do Auschwitz pierwszego transportu więźniów, miała miejsce pierwsza udana ucieczka. Dokonał jej 26-letni Tadeusz Wiejowski z podjasielskich Kołaczyc.

Wiejowski Auschwitz

     Tadeusz Wiejowski urodził się w Kołaczycach 4 maja 1914 roku. Z zawodu był szefcem. Przed wojną odbył zasadniczą służbę wojskową, z której odszedł – jak mozna wnioskować po zachowanej fotografii – w stopniu starszego szeregowego. Po klęsce we wrześniu 1939 roku uniknął niewoli, wrócił w rodzinne strony, zaangażował się w działalność konspiracyjną. Aresztowany przez Niemców, w grupie 728 więźniów tzw. tarnowskiego transportu, trafił 14 czerwca 1940 roku do tworzonego właśnie obozu Auschwitz. Otrzymał numer 220.

      W obozie pracował w komandzie przygotowującym materiał z rozbieranych domów potrzebny do budowy nowych budynków obozowych i krematorium. W czasie prac nawiązał kontakt z piątką cywilnych pracowników – elektryków: Józefem Patkiem, Emilem Kowalewskim, Stanisławem Mrzygłodem, Jerzym Muszyńskim i Bolesławem Biczem. Byli oni zaangażowani w działalność przyobozowych struktur Związku Walki Zbrojnej (późniejszej  Armii Krajowej). W czasie rozmów padła propozycja ucieczki.

      6 lipca Wiejowski udał się do bloku 15, gdzie przebywali elektrycy. Od Patka dostał kombinezon roboczy, w  którym opuscił obóz udając wolnego robotnika. Zaopatrzony w trochę pieniędzy i żywności wskoczył do odjeżdżającego pociągu towarowego.  Jego nieobecność została stwierdzona po kilku godzinach. Niemcy, gdy zorientowali się, że nie ma jednego więźnia, pokazali swoje bestialstwo. Na placu apelowym zgromadzili 1300 więźniów, którym zapowiedziano, że będą tak stać dopóki uciekinier się nie odnajdzie, albo nie zgłoszą się ci który mu pomogli.

     Tak początek apelu po ucieczce Wiejowskiego opisuje więzień z pierwszego transportu, jarosławianin Wiesław Kielar w swej przejmującej książce „Anus Mundi::

     – Stoimy w szeregach na obszernym placu za blokiem szpitalnym. Kapowie nie mogą się nas doliczyć. Esesmani też. Apel się nie zgadza. Czyżby ktoś uciekł? Liczą i liczą, doliczyć się jednak nie mogą. Są wściekli. Swą wściekłość wyładowują na nas. Stoimy na baczność, jeden obok drugiego, w odstępach na długość ramienia. Ręce splecione z tyłu głowy. Łokcie jak najbardziej do tyłu. Stoimy tak przez godzinę, może dłużej, a może krócej, bo teraz czas jest niewymierny. Każda chwila wydaje się nieskończona. Ręce omdlewają. Łokcie mimo woli wysuwają się do przodu. Ale „ONI” wszystko widzą. Zaraz jest któryś przy tobie i wali cię w zęby. Za karę kniebeugen, ręce jednak mają pozostać w tyle głowy. Trudno długo wytrzymać w takiej pozycji. Nadchodzi grupa esesmanów. Jest wśród nich rapportfuhrer Palitzsch. Młody, zgrabny, w pięknie skrojonym mundurze, o nieprzyjemnej, pryszczatej gębie. — Dolmetscher! — skanduje ostrym, przenikliwym głosem. Na jego głos podrywa się więzień, hrabia Baworowski. Niezgrabna, długa, wychudzona postać wysłuchuje urywanych szczęknięć scharfiihrera. Baworowski, blady ze strachu, drżącym głosem tłumaczy: — Uciekł więzień… Wiejowski… Niech zgłosi się ten, kto pomógł mu w ucieczce… Cisza. Nikt się nie zgłasza. — Będziecie stać tak długo, aż ktoś się zgłosi! — Cisza — Verfluchte Bandę! Ich werde euch helfen! [Przeklęta zgraja! Ja wam pomogę!]

       Apel, połączony z bestialskim biciem, „gimnastyką” i wymyślnym znęcaniem się trwał prawie 20 godzin. W jego trakcie zmarł z wycieńczenia 74-letni Polak żydowskiego pochodzenia Furię Niemców potęgował fakt, że jednocześnie prowadzone w obozie i poza nim poszukiwania nie przyniosły efektu. Skupili się więc na śledztwie, które miało ustalić kto pomógł Wiejowskiemu. Niestety elektryków najprawdopodobniej wydało dwóch więźniów, którzy nie wytrzymali makabrycznego apelu. 8 lipca cała piątka cywilnych pracowników została aresztowana. Mimo sześciodniowych tortur nie przyznali się do winy. Początkowo zostali skazani na karę śmierci, później zamienioną na trzyletni pobyt w obozie koncentracyjnym. W październiku 1940 roku zostali przetransportowani do obozu w Mathausen. Z tej piątki obozowe piekło przeżył tylko Bolesław Bicz. Niestety wyniszczony warunkami pobytu, zmarł niedługo po wyzwoleniu.

      Tadeusz Wiejowski zrobił błąd, który później kosztował go życie. Postanowił wrócić w rodzinne strony. Ukrywał się w Kołaczycach i okolicy. Jesienią 1941 roku Niemcy wpadli na jego trop. Został aresztowany i osadzony w więzieniu w Jaśle. Po ciężkim śledztwie rozstrzelano go w nieczynnym szybie naftowym między Jasłem a Gorlicami.

(sj)

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij